Czy kiedykolwiek zapomniałeś telefonu?
Kiedy sobie przypomniałeś że nie masz go przy sobie?
Podejrzewam że nie uderzyłeś się po prostu w czoło i powiedziałeś „kurwa” bez powodu. Prawdopodobnie też nie spłynęło to na ciebie znikąd. Pewnie wyglądało to tak, że sięgnąłeś ręką do swojej torby lub plecaka i nagle uświadomiłeś sobie, że nie ma go tam. Cofnąłeś się pamięcią do poranka.
Kurwa.
W moim przypadku budzik w moim telefonie obudził mnie tak jak zwykle, jednak zauważyłem że bateria w telefonie jest prawie rozładowana. Był to nowy telefon i miał ten okropny zwyczaj zostawiania działających aplikacji, które rozładowywały powoli baterię przez noc. Więc podłączyłem go do ładowarki i poszedłem pod prysznic, tym razem telefon nie wylądował od razu w torbie. To było małe odchylenie od rutyny ale nie przeszkadzało mi to. Po prysznicu, mój mózg wrócił do trybu rutyny w którym działa w każdy poranek.
Zapomniany.
Nie byłem po prostu niezdarny, odkryłem potem że jest to wykryta funkcja mózgu. Twój mózg nie działa po prostu na jednym poziomie, działa na wielu. Na przykład gdy idziesz gdzieś myślisz o swoim celu i o unikaniu niebezpieczeństwa, jednak nie musisz myśleć o poruszaniu swoimi nogami w odpowiedni sposób. Jeśli myślałbyś o tym, cały świat zamieniłby się w jeden wielki, śmieszny cosplay QWOP’a. Nie myślałem o regulowaniu mojego oddechu, myślałem o tym gdzie powinienem kupić kawę po drodze do pracy. Nie myślałem o poruszaniu moim śniadaniem przez moje jelita. Myślałem o tym czy skończę prace na czas i odbiorę moją córkę Emily ze żłobka czy może znowu zostanę po godzinach. O to chodzi; są poziomy twojego mózgu które zajmują się rutyną, więc cała reszta mózgu może myśleć o innych rzeczach.
Pomyśl o tym. Pomyśl o swoim ostatnim dojeździe do pracy. Co z niego pamiętasz? Mało, albo i nic, prawdopodobnie. Te najzwyklejsze „podróże” zlewają się w jedną i przypomnienie sobie którejś z nich jest trudne. Rób coś wystarczająco często a stanie się to rutyną. Powtarzaj to a przestanie być przetwarzane przez część mózgu zajmującą się myśleniem i zostanie przeniesione do części zajmującej się rutyną. Twój mózg powtarza tą czynność, a ty nawet o tym nie myślisz. Wkrótce myślisz o swojej drodze do pracy tak rzadko jak o poruszaniu swoimi nogami. Jeśli w ogóle.
Większość ludzi nazywa to “autopilotem”. Jednak jest w tym pewne niebezpieczeństwo. Jeżeli zrobisz przerwę w swojej rutynie, twoja umiejętność zapamiętywania i uważania w czasie przerwy jest na równi z twoją umiejętnością zatrzymania mózgu przed wejściem w tryb rutyny. Moja umiejętność zapamiętania tego, że mój telefon jest na stole, jest równa z moją umiejętnością zatrzymania mózgu przed wstąpieniem w „poranny tryb rutyny” który narzuciłby mojemu mózgowi to, że telefon znajduje się w torbie. Nie zatrzymałem jednak mojego mózgu przed przełączeniem się w tryb rutyny. Poszedłem pod prysznic, jak zwykle. Rutyna zaczęta. Wyjątek zapomniany.
Autopilot włączony.
Mój mózg wrócił do trybu rutyny. Wziąłem prysznic, ogoliłem się, w radiu zapowiadali piękną pogodę, dałem Emily jej śniadanie i wsadziłem ją do samochodu (była taka słodka tego ranka, narzekała na „złe słońce” oślepiające ją rano) i zostawiłem. To była rutyna. Nie liczyło się to że w tym momencie mój telefon leżał na stole i ładował się w ciszy. Mój mózg był w trybie rutyny, a według rutyny mój telefon był w mojej torbie. Dlatego go zapomniałem. Nie byłem niezdarny. Nie było to zaniedbanie. Nic więcej niż jedynie mój mózg przechodzący w tryb rutyny i nadpisujący wyjątek.
Autopilot włączony.
Pojechałem do pracy. Był to strasznie gorący dzień. Złe Słońce piekło moją skórę jeszcze zanim mój zdradziecko nieobecny telefon obudził mnie. Kierownica była gorąca w dotyku. Myślę że słyszałem Emily przemieszczającą się za moim fotelem, próbującą uciec od blasku słońca. Musiałem jednak pracować. Napisać raport. Zjawić się na porannym spotkaniu. Dopóki nie zajechałem po kawę i nie sięgnąłem po telefon, wtedy iluzja się rozpadła. Cofnąłem się myślami w czasie. Pamiętałem padającą baterię. Pamiętałem jak podłączałem go do ładowarki. Pamiętałem zostawianie go tam.
Mój telefon był na stole.
Autopilot wyłączony.
Na tym polega niebezpieczeństwo. Dopóki nie dojdzie do tego momentu, do momentu w którym sięgasz po telefon i iluzja się rozpada, dopóty część mózgu jest w trybie rutyny. Nie ma powodu żeby kwestionować fakty rutyny; to dlatego jest rutyną. Powtórzenia. Nie chodzi o to że ktoś mógłby powiedzieć „Czemu nie pamiętałeś o telefonie? Jak mogłeś o nim zapomnieć! Zaniedbujesz takie rzeczy”; chodzi o to że przegapiamy ten punkt. Mój mózg powtarzał mi że rutyna jest nienaruszona, wszystko jest tak jak zwykle, mimo faktu, że tak nie było. Nie zapomniałem telefonu. Według rutyny był on w torbie. Czemu miałbym to kwestionować? Czemu miałbym to sprawdzać? Czemu miałbym nagle, z niczego, przypomnieć sobie że mój telefon jest na stole? Mój mózg był w rutynie, a rutyna mówiła że telefon jest w mojej torbie.
Dzień dalej był gorący. Poranna mgiełka ustąpiła miejsca niemożliwemu do wytrzymania gorącu popołudnia. Asfalt topił się. Fale gorąca doprowadzały do pękania chodników. Ludzie pozamieniali kawy na lody i zimne napoje. Kurtki zniknęły, rękawy zwinięte, krawaty poluzowane, brwi przetarte. Park powoli zapełniał się ludźmi opalającymi się i robiącymi grilla. Ramy okien wykrzywiały się. Termometry puchnęły. Dzięki, kurwa, Bogu że w biurze działała klimatyzacja.
Na szczęście wieczorem zapanował chłod. Następny dzień, następny dolar. Dalej przeklinając siebie za zostawienie telefonu pojechałem do domu. Gorąco nagrzało wnętrze samochodu, wypuszczając skądś straszny smród . Gdy dojechałem do podjazdu, kamienie chrzęściły pod moimi oponami, moja żona powitała mnie w drzwiach.
„Gdzie jest Emily?”
Kurwa.
Nie dość że zapomniałem telefonu to jeszcze zostawiłem Emily w tym pierdolonym żłobku. Pojechałem szybko z powrotem do żłobka. Podszedłem do drzwi i zacząłem wymyślać usprawiedliwienia, zastanawiając się czy mogę wszystko usprawiedliwić zostaniem po godzinach w pracy. Zobaczyłem kawałek papieru na drzwiach.
“Z powodu wandalizmów w czasie ostatniej nocy proszę używać drugich drzwi. Tylko dzisiaj.”
Wandalizmy? Co? Drzwi były całe tego pora-.
Ustałem. Moje kolana trzęsły się.
Wandale. Zmiana w rutynie.
Mój telefon był na stole.
Nie byłem tutaj dzisiaj rano.
Mój telefon był na stole.
Ominąłem to miejsce ponieważ piłem kawę. Nie zostawiłem tu Emily.
Mój telefon był na stole.
Przesunęła swoje siedzenie. Nie widziałem jej w lusterku.
Mój telefon był na stole.
Zasnęła poza blaskiem słońca. Nie mówiła nic gdy przejechałem obok żłobka.
Mój telefon był na stole.
Zmieniła łańcuch rutyny.
Zmieniła łańcuch rutyny i zapomniałem ją zostawić w żłobku.
Mój telefon był na stole.
9 godzin. Ten samochód. To palące słońce. Brak powietrza. Brak wody. Brak siły. Brak pomocy. To gorąco. Kierownica zbyt gorąca by można ją dotknąć.
Ten zapach.
Podszedłem do drzwi samochodu. Odrętwienie. Szok.
Otworzyłem drzwi.
Mój telefon był na stole a moja córka była martwa.
Autopilot wyłączony.
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
niedziela, 7 kwietnia 2013
Przywiązanie
Mówią że miłość z czasem zmienia się w przywiązanie. Mówią że zraniona kobieta to najgorsze co może być. Mówią że nienawiść zniszczy każdego, że zrobi z niego potwora. Mówią że jeśli wybaczymy nasze serce ukoi się.
Gówno prawda.
Wybaczyłem im dawno temu. Wszystkim sukom. A one nie chciały przebaczenia. Cztery lata. Cztery nowe dziewczyny. I nic. Każdy związek kończył się fiaskiem. Nienawiścią. Teraz jestem w piątym związku. Z moją żoną. Trwa on już cztery lata. Już niedługo urodzi się nasze pierwsze dziecko.
Sęk w tym że ja jej nie kocham. Ożeniłem się z nią tylko dlatego że ją też zostawiły tamte suki. Razem ze mną opracowała plan zemsty.
Moje oczekiwania już niedługo się spełnią. Cały misterny plan.
Spojrzałem w monitor kamerki. Pokazywała obraz piwnicy naszego domu.
W tej piwnicy siedziały, przykute do ściany, cztery dziewczyny. Każda w innym koncie. Jako że to suki, miały własną miskę, budę, obroże i łańcuch.
Łańcuch na tyle długi by mogły spokojnie spotkać się na środku. W sumie nie miały wyboru. Nie mogły iść wzdłuż ściany. Ogrodzenie było genialne.
Hahahahaha
Wogóle nie mogły iść. Jak można chodzić gdy ma się w kolana przybite do własnych kostek od nóg?
Hahaha. Mogły jedynie się czołgać. I czekać aż ich koszmar się skończy. Już niedługo.
Obserwowałem, jak leżą w kątach. Jak chowają się do budy. Ogromną radość sprawiał mi fakt że po czterech latach, spędzonych w mojej piwnicy zmieniły się one prawie nie do poznania. Stały się dzikie. Zezwierzęcone. Takie dzikie koty, ledwo umiejące mówić.
Każda próba ucieczki - wyjmowanie gwoździ i wbijanie na nowo
Każda próba kontaktu z innymi - wielogodzinny gwałt
Każda próba buntu - biczowanie
Zostały złamane. A jednak wola życia w nich wciąż się tliła. Wciąż chciały żyć. Wciąż chciały uciec.
Poczułem czyjeś usta na swojej szyi.
Odwróciłem się do mojej żony.
Nie mieliśmy nic wspólnego oprócz nich. One zabawili się i moimi i jej uczuciami. Czwórka bab. Myślały że wybaczymy. Myślały że to niegroźna zabawa.
Moja żona. To ona wpadła na ten plan. To ona się ze mną skontaktowała. To ona mi podała je wszystkie na tacy.
Moja żona. Kobieta która była lesbijką ale postanowiła zacieśnić nasz związek partnerski ślubem, a potem dzieckiem
Moja żona. Kobieta która nienawidziła je bardziej niż ja.
Moja żona. I dziewięciomiesięczna córka w jej brzuchu. Zostały jej tylko dwa tygodnie do rozwiązania.
Stanęła obok mnie. Razem podziwialiśmy nasze wspólne dzieło w piwnicy.
Słowo. To jest lepsze niż kablówka. Naprawdę.
W pewnym momencie uderzyłem ją w potylicę. Zemdlała.
Podniosłem ją. Mimo że była w ciąży, nie miałem problemu. Rozebrałem ją, szybko otworzyłem usta i uciąłem język po czym zaniosłem do piwnicy.
Gdy wszedłem i zapaliłem światło suki zaskomlały. Nie były przyzwyczajone do światła. Tak rzadko je dawałem. Tylko wtedy gdy była pora karmienia, czyli raz w tygodniu, i gdy musieliśmy wymierzyć im karę.
Podszedłem na sam środek piwnicy. Już dawno temu zamontowałem tu odpowiednie kajdany i obroże.
Zacisnąłem je na jej szyi, łokciach, nadgarstkach. Nogi rozszerzyłem maksymalnie jak się dało a następnie przybiłem je do podłogi. Poczuła to. Obudziła się.W sumie chyba każdy by się obudził gdyby właśnie wbito sześć gwoździ w udo, cztery w kolano, dwie w łydkę i trzy w kostkę. U każdej nogi.
Czułem na sobie wzrok suk. Wiedziałem że nie podejdą. Za bardzo się bały.
Spojrzałem na kamerę. Miałem idealny obraz na moją żoną i jej pochwę. Spojrzałem na moje więźniarki. Spojrzałem w oczy mojego skarba. Widziałem w nich strach. Nic dziwnego. Łzy leciały jej po policzkach. Próbowała coś powiedzieć.
Spojrzałem na moje dziewczyny. Świetnie. Jest dobrze. Cztery w kącie, piąta na środku.
Powiedziałem:
-Słuchajcie dziewczyny. Ta suka - wskazałem na swoją żonę- was tutaj uwięziła. To był jej plan. Dlatego też ogłaszam konkurs. Ta która wyjmie bachora z jej bebechów i go pożre zostanie wolna. Pod warunkiem że ona przeżyje jasne? Ale tylko jedna z was. Reszta spędzi tutaj resztę swojego życia. Przeżyłyście tutaj rok. A możecie mi wierzyć że ona mnie bardzo hamowała w zabawach z wami. Więc niech zacznie się gra dziewczęta.
Po czym roześmiałem się i udałem się do pokoju gościnnego. Włączyłem swoją 56 calową plazmę i oglądałem spektakl. Dziewczyny uwierzyły mi. Patrzyłem jak niemrawe czołgają się w stronę mojej żonki. Otworzyłem piwo.
Obraz był podzielony na cztery kamery. Z każdego kąta mogłem obserwować co się dzieje.
Patrzyłem zafascynowany jak dziewczyny czołgają się. Najbliżej była Iwona. W sumie nie dziwota. Miała startować w olimpiadzie, dopóki nie "zaginęła"
Widocznie cztery lata piekła jej nie zniechęciły. Patrzyłem jak czołga się, jak dopada do mojej żonki. Jak swoimi paznokciami zaczyna drapać jej brzuch. Jak zębami próbuje go rozszarpać.
A ja to wszystko będę miał uwiecznione na kasecie w jakości HQ. Radość mnie ogarnia za każdym razem.
Cztery kasety z filmem. Z czterech różnych kątów. Zmontuje to w jeden film i wyślę w sieć. Jestem genialny.
Iwona oderwała kawałek skóry na brzuchu. Nieźle. Szybka jest. Jednocześnie Grażyna i Stanisława się doczołgały.
Niesamowite. Dziewczyny rozpoczęły bój. Gryzą się, drapią i warczą. Jak wściekłe psy nad zdobyczą. Walczą o swoją działkę. Niesamowite.
Daria właśnie oderwała ucho Grażynie. Zębami. Stanisława rozorała szyję Grażynce. Właśnie wbija zęby w jej tętnice.
Niesamowite. Krew tryska wszędzie. Patrze zafascynowany. Grażyna upada na podłogę. Raczej już nie wstanie. Pozostałe zawodniczki walczą. Próbują zatopić zęby w drugiej. Dari się udało. Kurwa. Celowała w szyję a trafiła w ramię.
Oderwała kawał mięsa i go odrzuciła. Musiała wtedy spojrzeć w innym kierunku. I w tym momencie popełniła błąd. Grażyna wczepiła palce w jej włosy i zaczęła napieprzać jej głową o podłogę. Widziałem jak Dari mózg rozbryzguje się po podłodze, jak jej czaszka pęka na miliard kawałków. A ta dalej waliła. Patrzyłem na ten piękny szał niszczenia. Jak uderzała aż skończyła, gdyż uderzała ręką w której miała wciąż jej włosy w ręce.
Nastał spokój. Grażyna padła wyczerpana koło mojej żonki. Patrzyłem jak nie ma siły by móc dalej się ruszać. Widziałem też, że najsłabsza z nich powoli doczołguje się do niej. Judyta bo tak miała na imię. Nie wiem jakim cudem przetrwała w piwnicy. Była najsłabsza z nich i o najczęściej zakładałem się, kiedy wykituje.
Grażyna leżała spokojnie gdy Judyta podpełzła do niej. Zaplotła łańcuch wokół szyi swojej przeciwniczki. Zanim ta się spostrzegła, ona zaczęła ją dusić.
Ciekawe rozwiązanie. Cóż poradzić. Uczennica liceum.
Ciekawe ci wymyśli dalej.
Judyta spojrzała na brzuch swojej ofiary. Cały był poszarpany. Zrozpaczona wrzasnęła.
Przekrzywiła trochę głowę. Spojrzała na jej pochwę.
"Oho. Coś się szykuje" - pomyślałem.
Ale nic, zupełnie nic nie przygotowałem mnie na to co zobaczyłem. Patrzyłem jak najsłabsza i najmniejsza z więźniarek wsadza rękę w pochwę mojej żony. Patrzyłem jak wsadzą ją coraz głębiej. Jak moja żona wije się i mdleje z bólu.
Szybko otworzyłem drugie piwo. Modliłem się by mi teraz prądu nie zabrakło. Normalnie bym się zabił jakby mi tego nie nagrało.
Następnie wsadziła drugą rękę. Równie głęboko.
Wrzasnęła triumfialnie.
Zaczęła wyciągać obie ręce naraz.
Niesamowite. Patrzyłem jak wyciąga dziecko, jak moja żona wrzeszczy w bezgłośnym wrzasku.
Jak wyciągnęła dziecko.
Jak złapała je za nóżkę i uderzyła kilkakrotnie w podłogę.
Jak odrywała jej ręce, nogi i głowę. Jak obgryzała je dokładnie.
Trzeci piwo nawet nie wiem kiedy mi się skończyło.
Patrzyłem jak delikatnie układa kości na malutki stosik.
Usłyszałem beknięcie.
Uśmiechnąłem się.
Zszedłem do piwnicy bijąc brawo. Judyta leżała obok żony. Zasypiała.
Widoczna najadła się to i zasypiała.
Spojrzałem w oczy mojej żonie. W jej oczach tliło się tylko jedno. Pytanie czemu to zrobiłem.
Odpowiedziałem:
-Jestem bezpłodny suko
Wróciłem na górę. Z uprzednio przygotowanych kanistrów zacząłem wlewać benzynę do piwnicy. Spakowałem malutką torbę z ubraniami, dokumentami i pieniędzmi. Mój skarb: cztery kasety zapakowałem do małej saszetki przy brzuchu.
Spojrzałem do piwnicy. Poziom benzyny był już na tyle wysoki że widziałem tylko nos mojej żony.
Poszedłem na górę. Odkręciłem cztery butle gazowe. W kuchni odkręciłem jeszcze jedną. Wyszedłem przed dom. Wsiadłem do auta.
W kuchni zostawiłem działającą mikrofalówkę. Wystarczy mała iskra by wszystko jebło.
Iskra jaka może powstać gdy skończy się odliczanie i otworzą się automatyczne drzwiczki od mikrofalówki, wypuszczając na świat paczkę zapalonych zapałek.
Odjechałem zanim wszystko się zaczęło. Miałem nadzieję że ciało mojego związanego ojca na górze zostanie uznane za moje ciało.
Chciałem by wszyscy myśleli że ja nie żyję.
Chciałem zacząć wszystko od początku.
Chciałem znów mieć suki w piwnicy i znów się nimi bawić.
Gówno prawda.
Wybaczyłem im dawno temu. Wszystkim sukom. A one nie chciały przebaczenia. Cztery lata. Cztery nowe dziewczyny. I nic. Każdy związek kończył się fiaskiem. Nienawiścią. Teraz jestem w piątym związku. Z moją żoną. Trwa on już cztery lata. Już niedługo urodzi się nasze pierwsze dziecko.
Sęk w tym że ja jej nie kocham. Ożeniłem się z nią tylko dlatego że ją też zostawiły tamte suki. Razem ze mną opracowała plan zemsty.
Moje oczekiwania już niedługo się spełnią. Cały misterny plan.
Spojrzałem w monitor kamerki. Pokazywała obraz piwnicy naszego domu.
W tej piwnicy siedziały, przykute do ściany, cztery dziewczyny. Każda w innym koncie. Jako że to suki, miały własną miskę, budę, obroże i łańcuch.
Łańcuch na tyle długi by mogły spokojnie spotkać się na środku. W sumie nie miały wyboru. Nie mogły iść wzdłuż ściany. Ogrodzenie było genialne.
Hahahahaha
Wogóle nie mogły iść. Jak można chodzić gdy ma się w kolana przybite do własnych kostek od nóg?
Hahaha. Mogły jedynie się czołgać. I czekać aż ich koszmar się skończy. Już niedługo.
Obserwowałem, jak leżą w kątach. Jak chowają się do budy. Ogromną radość sprawiał mi fakt że po czterech latach, spędzonych w mojej piwnicy zmieniły się one prawie nie do poznania. Stały się dzikie. Zezwierzęcone. Takie dzikie koty, ledwo umiejące mówić.
Każda próba ucieczki - wyjmowanie gwoździ i wbijanie na nowo
Każda próba kontaktu z innymi - wielogodzinny gwałt
Każda próba buntu - biczowanie
Zostały złamane. A jednak wola życia w nich wciąż się tliła. Wciąż chciały żyć. Wciąż chciały uciec.
Poczułem czyjeś usta na swojej szyi.
Odwróciłem się do mojej żony.
Nie mieliśmy nic wspólnego oprócz nich. One zabawili się i moimi i jej uczuciami. Czwórka bab. Myślały że wybaczymy. Myślały że to niegroźna zabawa.
Moja żona. To ona wpadła na ten plan. To ona się ze mną skontaktowała. To ona mi podała je wszystkie na tacy.
Moja żona. Kobieta która była lesbijką ale postanowiła zacieśnić nasz związek partnerski ślubem, a potem dzieckiem
Moja żona. Kobieta która nienawidziła je bardziej niż ja.
Moja żona. I dziewięciomiesięczna córka w jej brzuchu. Zostały jej tylko dwa tygodnie do rozwiązania.
Stanęła obok mnie. Razem podziwialiśmy nasze wspólne dzieło w piwnicy.
Słowo. To jest lepsze niż kablówka. Naprawdę.
W pewnym momencie uderzyłem ją w potylicę. Zemdlała.
Podniosłem ją. Mimo że była w ciąży, nie miałem problemu. Rozebrałem ją, szybko otworzyłem usta i uciąłem język po czym zaniosłem do piwnicy.
Gdy wszedłem i zapaliłem światło suki zaskomlały. Nie były przyzwyczajone do światła. Tak rzadko je dawałem. Tylko wtedy gdy była pora karmienia, czyli raz w tygodniu, i gdy musieliśmy wymierzyć im karę.
Podszedłem na sam środek piwnicy. Już dawno temu zamontowałem tu odpowiednie kajdany i obroże.
Zacisnąłem je na jej szyi, łokciach, nadgarstkach. Nogi rozszerzyłem maksymalnie jak się dało a następnie przybiłem je do podłogi. Poczuła to. Obudziła się.W sumie chyba każdy by się obudził gdyby właśnie wbito sześć gwoździ w udo, cztery w kolano, dwie w łydkę i trzy w kostkę. U każdej nogi.
Czułem na sobie wzrok suk. Wiedziałem że nie podejdą. Za bardzo się bały.
Spojrzałem na kamerę. Miałem idealny obraz na moją żoną i jej pochwę. Spojrzałem na moje więźniarki. Spojrzałem w oczy mojego skarba. Widziałem w nich strach. Nic dziwnego. Łzy leciały jej po policzkach. Próbowała coś powiedzieć.
Spojrzałem na moje dziewczyny. Świetnie. Jest dobrze. Cztery w kącie, piąta na środku.
Powiedziałem:
-Słuchajcie dziewczyny. Ta suka - wskazałem na swoją żonę- was tutaj uwięziła. To był jej plan. Dlatego też ogłaszam konkurs. Ta która wyjmie bachora z jej bebechów i go pożre zostanie wolna. Pod warunkiem że ona przeżyje jasne? Ale tylko jedna z was. Reszta spędzi tutaj resztę swojego życia. Przeżyłyście tutaj rok. A możecie mi wierzyć że ona mnie bardzo hamowała w zabawach z wami. Więc niech zacznie się gra dziewczęta.
Po czym roześmiałem się i udałem się do pokoju gościnnego. Włączyłem swoją 56 calową plazmę i oglądałem spektakl. Dziewczyny uwierzyły mi. Patrzyłem jak niemrawe czołgają się w stronę mojej żonki. Otworzyłem piwo.
Obraz był podzielony na cztery kamery. Z każdego kąta mogłem obserwować co się dzieje.
Patrzyłem zafascynowany jak dziewczyny czołgają się. Najbliżej była Iwona. W sumie nie dziwota. Miała startować w olimpiadzie, dopóki nie "zaginęła"
Widocznie cztery lata piekła jej nie zniechęciły. Patrzyłem jak czołga się, jak dopada do mojej żonki. Jak swoimi paznokciami zaczyna drapać jej brzuch. Jak zębami próbuje go rozszarpać.
A ja to wszystko będę miał uwiecznione na kasecie w jakości HQ. Radość mnie ogarnia za każdym razem.
Cztery kasety z filmem. Z czterech różnych kątów. Zmontuje to w jeden film i wyślę w sieć. Jestem genialny.
Iwona oderwała kawałek skóry na brzuchu. Nieźle. Szybka jest. Jednocześnie Grażyna i Stanisława się doczołgały.
Niesamowite. Dziewczyny rozpoczęły bój. Gryzą się, drapią i warczą. Jak wściekłe psy nad zdobyczą. Walczą o swoją działkę. Niesamowite.
Daria właśnie oderwała ucho Grażynie. Zębami. Stanisława rozorała szyję Grażynce. Właśnie wbija zęby w jej tętnice.
Niesamowite. Krew tryska wszędzie. Patrze zafascynowany. Grażyna upada na podłogę. Raczej już nie wstanie. Pozostałe zawodniczki walczą. Próbują zatopić zęby w drugiej. Dari się udało. Kurwa. Celowała w szyję a trafiła w ramię.
Oderwała kawał mięsa i go odrzuciła. Musiała wtedy spojrzeć w innym kierunku. I w tym momencie popełniła błąd. Grażyna wczepiła palce w jej włosy i zaczęła napieprzać jej głową o podłogę. Widziałem jak Dari mózg rozbryzguje się po podłodze, jak jej czaszka pęka na miliard kawałków. A ta dalej waliła. Patrzyłem na ten piękny szał niszczenia. Jak uderzała aż skończyła, gdyż uderzała ręką w której miała wciąż jej włosy w ręce.
Nastał spokój. Grażyna padła wyczerpana koło mojej żonki. Patrzyłem jak nie ma siły by móc dalej się ruszać. Widziałem też, że najsłabsza z nich powoli doczołguje się do niej. Judyta bo tak miała na imię. Nie wiem jakim cudem przetrwała w piwnicy. Była najsłabsza z nich i o najczęściej zakładałem się, kiedy wykituje.
Grażyna leżała spokojnie gdy Judyta podpełzła do niej. Zaplotła łańcuch wokół szyi swojej przeciwniczki. Zanim ta się spostrzegła, ona zaczęła ją dusić.
Ciekawe rozwiązanie. Cóż poradzić. Uczennica liceum.
Ciekawe ci wymyśli dalej.
Judyta spojrzała na brzuch swojej ofiary. Cały był poszarpany. Zrozpaczona wrzasnęła.
Przekrzywiła trochę głowę. Spojrzała na jej pochwę.
"Oho. Coś się szykuje" - pomyślałem.
Ale nic, zupełnie nic nie przygotowałem mnie na to co zobaczyłem. Patrzyłem jak najsłabsza i najmniejsza z więźniarek wsadza rękę w pochwę mojej żony. Patrzyłem jak wsadzą ją coraz głębiej. Jak moja żona wije się i mdleje z bólu.
Szybko otworzyłem drugie piwo. Modliłem się by mi teraz prądu nie zabrakło. Normalnie bym się zabił jakby mi tego nie nagrało.
Następnie wsadziła drugą rękę. Równie głęboko.
Wrzasnęła triumfialnie.
Zaczęła wyciągać obie ręce naraz.
Niesamowite. Patrzyłem jak wyciąga dziecko, jak moja żona wrzeszczy w bezgłośnym wrzasku.
Jak wyciągnęła dziecko.
Jak złapała je za nóżkę i uderzyła kilkakrotnie w podłogę.
Jak odrywała jej ręce, nogi i głowę. Jak obgryzała je dokładnie.
Trzeci piwo nawet nie wiem kiedy mi się skończyło.
Patrzyłem jak delikatnie układa kości na malutki stosik.
Usłyszałem beknięcie.
Uśmiechnąłem się.
Zszedłem do piwnicy bijąc brawo. Judyta leżała obok żony. Zasypiała.
Widoczna najadła się to i zasypiała.
Spojrzałem w oczy mojej żonie. W jej oczach tliło się tylko jedno. Pytanie czemu to zrobiłem.
Odpowiedziałem:
-Jestem bezpłodny suko
Wróciłem na górę. Z uprzednio przygotowanych kanistrów zacząłem wlewać benzynę do piwnicy. Spakowałem malutką torbę z ubraniami, dokumentami i pieniędzmi. Mój skarb: cztery kasety zapakowałem do małej saszetki przy brzuchu.
Spojrzałem do piwnicy. Poziom benzyny był już na tyle wysoki że widziałem tylko nos mojej żony.
Poszedłem na górę. Odkręciłem cztery butle gazowe. W kuchni odkręciłem jeszcze jedną. Wyszedłem przed dom. Wsiadłem do auta.
W kuchni zostawiłem działającą mikrofalówkę. Wystarczy mała iskra by wszystko jebło.
Iskra jaka może powstać gdy skończy się odliczanie i otworzą się automatyczne drzwiczki od mikrofalówki, wypuszczając na świat paczkę zapalonych zapałek.
Odjechałem zanim wszystko się zaczęło. Miałem nadzieję że ciało mojego związanego ojca na górze zostanie uznane za moje ciało.
Chciałem by wszyscy myśleli że ja nie żyję.
Chciałem zacząć wszystko od początku.
Chciałem znów mieć suki w piwnicy i znów się nimi bawić.
sobota, 6 kwietnia 2013
Cień Dzieciństwa
Przyznaję, byłem lękliwym dzieckiem, a moja osobista lista lęków była bardzo długa.
Na pierwszym miejscu znajdował się bez wątpienia las za szkołą i opowieści mojego brata o potworze tam się ukrywającym. Mój dziecięcy instynkt podpowiadał mi, że w tym cieniu drzew kryje się coś bardzo złego. Dlatego zawsze po usłyszeniu ostatniego dzwonka, co sił pędziłem do domu. Czułem, że za mną pędzi ciemny cień i muszę biec, ile sił w nogach, by mnie nie złapał. Mój brat oglądając moje codzienne zmagania stwierdził, że kompletnie oszalałem, ale ja wiedziałem, że jak tylko na moment zwolnię to już nie będzie odwrotu.
Tego dnia czułem, że bestia już prawie mnie dogania na moście, kiedy to na mojej drodze stanął nieznany mi mężczyzna. Kiedy zbliżałem się do niego, ku mojemu zdziwieniu bestia zaatakowała go! Przecież do tej pory tylko ja byłem w stanie ją zobaczyć. Mimo przerażenia obejrzałem się za siebie. Cień wepchnął mężczyznę do wody, przy tym prawie przecinając go na pół. Porwał go nurt rzeki, a on chyba już w agonii krzyczał coś do mnie i machał rękoma, nie byłem jednak w stanie usłyszeć jego słów. Kiedy już znalazłem się w domu opowiedziałem o tym wszystkim rodzicom, którzy zgłosili sprawę policji.
Po kilku dniach znaleziono ciało zmasakrowane od pasa w dół ciało mężczyzny. Nie miał dokumentów przy sobie i nikt nie zgłosił jego zaginięcia, więc został uznany za NN. Ja z kolei przestałem odczuwać obecność czarnej postaci i powoli wyrastałem z moich lęków.
Wróciłem w rodzinne strony po 30 latach, by pochować moich rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym. Kiedy przekroczyłem próg domu powróciły wspomnienia i po pogrzebie udałem się na przechadzkę ulicami miasteczka. Ostatni punkt spaceru stanowił zabytkowy most. Kiedy już miałem wracać zobaczyłem małego chłopca, który biegnie, co sił w nogach. Kiedy zbliżał się do mnie odkryłem, że to ośmioletni ja...
Na pierwszym miejscu znajdował się bez wątpienia las za szkołą i opowieści mojego brata o potworze tam się ukrywającym. Mój dziecięcy instynkt podpowiadał mi, że w tym cieniu drzew kryje się coś bardzo złego. Dlatego zawsze po usłyszeniu ostatniego dzwonka, co sił pędziłem do domu. Czułem, że za mną pędzi ciemny cień i muszę biec, ile sił w nogach, by mnie nie złapał. Mój brat oglądając moje codzienne zmagania stwierdził, że kompletnie oszalałem, ale ja wiedziałem, że jak tylko na moment zwolnię to już nie będzie odwrotu.
Tego dnia czułem, że bestia już prawie mnie dogania na moście, kiedy to na mojej drodze stanął nieznany mi mężczyzna. Kiedy zbliżałem się do niego, ku mojemu zdziwieniu bestia zaatakowała go! Przecież do tej pory tylko ja byłem w stanie ją zobaczyć. Mimo przerażenia obejrzałem się za siebie. Cień wepchnął mężczyznę do wody, przy tym prawie przecinając go na pół. Porwał go nurt rzeki, a on chyba już w agonii krzyczał coś do mnie i machał rękoma, nie byłem jednak w stanie usłyszeć jego słów. Kiedy już znalazłem się w domu opowiedziałem o tym wszystkim rodzicom, którzy zgłosili sprawę policji.
Po kilku dniach znaleziono ciało zmasakrowane od pasa w dół ciało mężczyzny. Nie miał dokumentów przy sobie i nikt nie zgłosił jego zaginięcia, więc został uznany za NN. Ja z kolei przestałem odczuwać obecność czarnej postaci i powoli wyrastałem z moich lęków.
Wróciłem w rodzinne strony po 30 latach, by pochować moich rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym. Kiedy przekroczyłem próg domu powróciły wspomnienia i po pogrzebie udałem się na przechadzkę ulicami miasteczka. Ostatni punkt spaceru stanowił zabytkowy most. Kiedy już miałem wracać zobaczyłem małego chłopca, który biegnie, co sił w nogach. Kiedy zbliżał się do mnie odkryłem, że to ośmioletni ja...
Podziękowania
Dzień dobry, chciałbym wszystkim bywalcom tego bloga serdecznie podziękować! Wczoraj ten blog przekroczył liczbę 1000 wyświetleń! Myślę, że jest to bardzo dobry wynik, mimo to że trochę zaniedbywałem tą stronę. Z chęcią będę kontynuował, lecz jakoś nie mam wielkich motywacji (czekam, czekam). A więc dziękuję wszystkim i chciałbym zarazem przeprosić za brak creepypast, będą w najbliższym czasie :)
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Julian
Julian zszedł do piwnicy. Wszystko już miał przygotowane. Drżał z podniecenia. Przeczytał tyle ksiąg, zwojów i demonologów. Teraz, w tym momencie miały mu się zwrócić wszystkie te lata czytania zakurzonego pisma i obdzierania z skóry ludzi.
Już, za kilka minut.
Czuł to.
Spojrzał. Wszystko było przygotowane. Gwoździe, słoiki, młotek i mikser był przygotowany. Wszystko aż lśniło.
Na środku stało pięć krzeseł ginekologicznych. A na pięciu krzesłach, przywiązanych do nich, spoczywało pięć kobiet w ciąży.
Piętnastolatka, dwudziestolatka, dwudziestopięciolatka, trzydziestolatka i trzydziestopieciolatka.
Każda z nich w ciąży. I każdej zbliżał się czas rozwiązania. Julian był szczęśliwy. Pamiętał jak każdą z nich porywał, jak każdą gwałcił w odpowiednim czasie. Jak robił wszystko by zaszły w ciąże. Jak dokonywał aborcji gdy zachodziły za wcześnie. Jak mordował je gdy mijał rok i były już za stare.
Wiedział że musi pilnować by były w odpowiednim rocznikowo wieku. Wiedział co mu grozi, jeśli się pomylił w wieku. Wiedział.
Nie wiedział ile trupów kobiet spalił. Wiedział że zaczął dwadzieścia lat temu i poświęcił się tylko temu. Przejechał całą Europę, porywał z każdego kraju kobiety w odpowiednim wieku.
Spojrzał na nie. Widział pięć przerażonych kobiet, przywiązanych i zakneblowanych. Czekał. Czekał aż każdej z nich puszczą wody płodowe. Aż zacznie się poród.
Wiedział co dalej. Od miesięcy oczekiwał tego momentu. Był tak blisko.
Wiedział że gdy tylko puszczą im wody płodowe, musi jak najszybciej je zebrać z misek, które specjalnie stały pod miednicami kobiet, aby jak najwięcej tego płynu uzbierać.
Czekał. Poród zaczął się prawie jednocześnie. Julian zaczął zabierać miski z wodami, i podstawiać miski z poduszkami. Nie chciał by któreś z jego dzieci umarło. Dziecko spadałoby przez trzydzieści centymetrów. Wiedział z doświadczenia że z takiej wysokości upadek na poduszkę na pewno sprawie że dziecko będzie żyło.
Patrzył, jak kobiety rodzą w bólach, jak próbują wrzeszczeć, jak cztery z pięciu urodziło już. Słyszał ich wrzask.
Mężczyzna spojrzał na piątą kobietę. Spodziewał się problemów. Jej biodra były za wąskie, jej pochwa była bardzo ciasna. Dziwne jak na trzydziestopięciolatke. Podszedł do niej. Jej oczy patrzyły na niego błagalnie.
Mężczyzna westchnął. Wiedział co musi zrobić. Dziecko musi urodzić się naturalnie. Nie mógł wykonać cesarki. Pozostało mu tylko jedno. Wziął skalpel i wbił go w jej pochwę. Pociągnął go mocno do góry.
Usłyszał wrzask. Mimo knebla kobieta wrzasnęła z bólu. Mężczyzna uśmiechnął się. Mogła wrzeszczeć ile chce. Piwnicy była wygłuszona.
Dla pewności ciął jeszcze kilkanaście razy.
Spoglądał zafascynowany jak dziecko przychodzi na świat z zmasakrowanej pochwy.
Gdy tylko dziecko urodziło się, złapał za pępowinę i mocno pociągnął. Łożysko wypadło z matki. Spojrzał w jej oczy. Gasło w nich życie.
Mężczyzna odciął pępowine od dziecka. Tak samo zrobił z resztą. Dalej ignorował wrzask dzieci.
Zebrał łożyska i podszedł do miksera. Musiał je zmiksować. Wrzucił je do blendera, zamknął je i włączył pełne obroty.
Wziął gwoździe i młotek. Wrócił do dzieci. Podniósł jedno z nich. Nie patrząc nawet na płeć, podwiązał pępowinę a następnie przyłożył do ściany. Patrzył w duże, zielone oczy. Patrzył jak bobas wrzeszczy, jak wita swoim okrzykiem nowy świat. Po czym wbił gwoździa prosto w jego głowę. Po czym dobił go. Gwóźdź przebił się przez czaszkę i mózg i zagłębił się w ścianę. Julian odszedł od ściany. Spojrzał. Dziecko się trzymało.
Musiał przybić jeszcze czwórkę dzieci. Słyszał łkanie kobiet, które go obserwowały.
Po przybiciu, spojrzał na noworodki. Ułożone były w układzie: jeden na górze, dwa na dole, jeden na lewo od pierwszego, drugi na prawo od pierwszego i dwa na samym dole między pierwszym na górze a lewym na środku oraz między pierwszym na górze a prawym na środku.
Wrócił do blendera. Wyciągnął przecier z niego.
Podszedł do ściany z dziećmi. Zaczął prowadzić linie. Od dziecka na górze, do dziecka na samym dole po lewej, do środkowego dziecka po prawej, potem do środkowego dziecka do lewej, następnie do dziecka na samym dole po prawej i do pierwszego dziecka.
Powstał mu ładny pentagram. Zadowolony spojrzał na swoje dzieło.
Już tak blisko. Spojrzał do tyłu. Kobiety patrzyły na niego przerażone. Ich oczy prawie wychodziły z orbit.
Podszedł do misek z wodami płodowymi. Zlał je do jednej a następnie podszedł do pentagramu i narysował okrąg na nim.
Zadowolony spojrzał na swoje dzieło.
Już niedługo.
Widział jak pentagram rozjaśnia się.
Jeszcze chwile i schwyta swojego anioła stróża. Jeszcze chwila.
Zawołał:
-O ANIELE STRÓŻU PRZYBĄDŹ TU I POŻRYJ MATKI! O ANIELE STRÓŻU PRZYBĄDŹ DO MNIE! PRZYBĄDŹ!
Jego pułapka była gotowa. Wiedział że musi przybyć.
Patrzył zadowolony jak pentagram otwiera się, jak światło z niego się wydobywa. Widział już rękę, gdy nagle wszystko się skończyło. Spojrzał zaskoczony.
Ściana była czysta.
Usłyszał cichy szept: -Dziewczyna miała trzynaście lat
Julian spojrzał zaskoczony na kobiety. Zdziwiony i zniesmaczony podszedł do oszalałych ze strachu kobiet.
W ręce wziął miał młotek. Porozbijał im głowy.
Pogwizdując zaczął sprzątać ciała.
Będzie musiał zacząć wszystko od początku
Ah...Jak dobrze by było żeby mu się w końcu udalo
Ah...Jak dobrze by było gdyby był młodszy o te sześćdziesiąt lat...
Już, za kilka minut.
Czuł to.
Spojrzał. Wszystko było przygotowane. Gwoździe, słoiki, młotek i mikser był przygotowany. Wszystko aż lśniło.
Na środku stało pięć krzeseł ginekologicznych. A na pięciu krzesłach, przywiązanych do nich, spoczywało pięć kobiet w ciąży.
Piętnastolatka, dwudziestolatka, dwudziestopięciolatka, trzydziestolatka i trzydziestopieciolatka.
Każda z nich w ciąży. I każdej zbliżał się czas rozwiązania. Julian był szczęśliwy. Pamiętał jak każdą z nich porywał, jak każdą gwałcił w odpowiednim czasie. Jak robił wszystko by zaszły w ciąże. Jak dokonywał aborcji gdy zachodziły za wcześnie. Jak mordował je gdy mijał rok i były już za stare.
Wiedział że musi pilnować by były w odpowiednim rocznikowo wieku. Wiedział co mu grozi, jeśli się pomylił w wieku. Wiedział.
Nie wiedział ile trupów kobiet spalił. Wiedział że zaczął dwadzieścia lat temu i poświęcił się tylko temu. Przejechał całą Europę, porywał z każdego kraju kobiety w odpowiednim wieku.
Spojrzał na nie. Widział pięć przerażonych kobiet, przywiązanych i zakneblowanych. Czekał. Czekał aż każdej z nich puszczą wody płodowe. Aż zacznie się poród.
Wiedział co dalej. Od miesięcy oczekiwał tego momentu. Był tak blisko.
Wiedział że gdy tylko puszczą im wody płodowe, musi jak najszybciej je zebrać z misek, które specjalnie stały pod miednicami kobiet, aby jak najwięcej tego płynu uzbierać.
Czekał. Poród zaczął się prawie jednocześnie. Julian zaczął zabierać miski z wodami, i podstawiać miski z poduszkami. Nie chciał by któreś z jego dzieci umarło. Dziecko spadałoby przez trzydzieści centymetrów. Wiedział z doświadczenia że z takiej wysokości upadek na poduszkę na pewno sprawie że dziecko będzie żyło.
Patrzył, jak kobiety rodzą w bólach, jak próbują wrzeszczeć, jak cztery z pięciu urodziło już. Słyszał ich wrzask.
Mężczyzna spojrzał na piątą kobietę. Spodziewał się problemów. Jej biodra były za wąskie, jej pochwa była bardzo ciasna. Dziwne jak na trzydziestopięciolatke. Podszedł do niej. Jej oczy patrzyły na niego błagalnie.
Mężczyzna westchnął. Wiedział co musi zrobić. Dziecko musi urodzić się naturalnie. Nie mógł wykonać cesarki. Pozostało mu tylko jedno. Wziął skalpel i wbił go w jej pochwę. Pociągnął go mocno do góry.
Usłyszał wrzask. Mimo knebla kobieta wrzasnęła z bólu. Mężczyzna uśmiechnął się. Mogła wrzeszczeć ile chce. Piwnicy była wygłuszona.
Dla pewności ciął jeszcze kilkanaście razy.
Spoglądał zafascynowany jak dziecko przychodzi na świat z zmasakrowanej pochwy.
Gdy tylko dziecko urodziło się, złapał za pępowinę i mocno pociągnął. Łożysko wypadło z matki. Spojrzał w jej oczy. Gasło w nich życie.
Mężczyzna odciął pępowine od dziecka. Tak samo zrobił z resztą. Dalej ignorował wrzask dzieci.
Zebrał łożyska i podszedł do miksera. Musiał je zmiksować. Wrzucił je do blendera, zamknął je i włączył pełne obroty.
Wziął gwoździe i młotek. Wrócił do dzieci. Podniósł jedno z nich. Nie patrząc nawet na płeć, podwiązał pępowinę a następnie przyłożył do ściany. Patrzył w duże, zielone oczy. Patrzył jak bobas wrzeszczy, jak wita swoim okrzykiem nowy świat. Po czym wbił gwoździa prosto w jego głowę. Po czym dobił go. Gwóźdź przebił się przez czaszkę i mózg i zagłębił się w ścianę. Julian odszedł od ściany. Spojrzał. Dziecko się trzymało.
Musiał przybić jeszcze czwórkę dzieci. Słyszał łkanie kobiet, które go obserwowały.
Po przybiciu, spojrzał na noworodki. Ułożone były w układzie: jeden na górze, dwa na dole, jeden na lewo od pierwszego, drugi na prawo od pierwszego i dwa na samym dole między pierwszym na górze a lewym na środku oraz między pierwszym na górze a prawym na środku.
Wrócił do blendera. Wyciągnął przecier z niego.
Podszedł do ściany z dziećmi. Zaczął prowadzić linie. Od dziecka na górze, do dziecka na samym dole po lewej, do środkowego dziecka po prawej, potem do środkowego dziecka do lewej, następnie do dziecka na samym dole po prawej i do pierwszego dziecka.
Powstał mu ładny pentagram. Zadowolony spojrzał na swoje dzieło.
Już tak blisko. Spojrzał do tyłu. Kobiety patrzyły na niego przerażone. Ich oczy prawie wychodziły z orbit.
Podszedł do misek z wodami płodowymi. Zlał je do jednej a następnie podszedł do pentagramu i narysował okrąg na nim.
Zadowolony spojrzał na swoje dzieło.
Już niedługo.
Widział jak pentagram rozjaśnia się.
Jeszcze chwile i schwyta swojego anioła stróża. Jeszcze chwila.
Zawołał:
-O ANIELE STRÓŻU PRZYBĄDŹ TU I POŻRYJ MATKI! O ANIELE STRÓŻU PRZYBĄDŹ DO MNIE! PRZYBĄDŹ!
Jego pułapka była gotowa. Wiedział że musi przybyć.
Patrzył zadowolony jak pentagram otwiera się, jak światło z niego się wydobywa. Widział już rękę, gdy nagle wszystko się skończyło. Spojrzał zaskoczony.
Ściana była czysta.
Usłyszał cichy szept: -Dziewczyna miała trzynaście lat
Julian spojrzał zaskoczony na kobiety. Zdziwiony i zniesmaczony podszedł do oszalałych ze strachu kobiet.
W ręce wziął miał młotek. Porozbijał im głowy.
Pogwizdując zaczął sprzątać ciała.
Będzie musiał zacząć wszystko od początku
Ah...Jak dobrze by było żeby mu się w końcu udalo
Ah...Jak dobrze by było gdyby był młodszy o te sześćdziesiąt lat...
Subskrybuj:
Posty (Atom)