sobota, 16 lutego 2013

Zamknięte Okno

-Co się stało? Spokojnie. Mów powoli. 
- Przybiegła do mnie z płaczem moja siedmioletnia kuzynka o 2 w nocy. 
-On tam jest! On naprawdę tam jest, widziałam go! - Wykrzyknęła ze strachem w oczach i łzami na policzkach. 
-Kto? Gdzie jest? 
-Nie wiem, ale ja go widziałam! 
-Spokojnie, uspokój się już, kogo widziałaś?-Zapytałam ponownie. -Bo, bo on tam był, on się na mnie patrzał i mówił do mnie!-Rozpłakała się jeszcze bardziej.
-To na pewno tylko zły sen, nie płacz już -Próbowałam ją uspokoić- idź spać.
-Ja tam nie wrócę, boje się, mogę spać z tobą? -Ehh..No dobrze, kładź się.
Ania (bo tak właśnie miała na imię moja kuzynka) położyła się i spokojnie zasnęła, a ja razem z nią.

Następnego dnia wszystko było w porządku, aż do wieczora, kiedy trzeba było kłaść się spać...
Siedziałam właśnie na łóżko i kończyłam czytać książkę gdy nagle poczułam chłodny powiew na karku, obejrzałam się szybko za siebie, ale nikogo tam nie było ,, No tak '' pomyślałam ,, Przecież jest otwarte okno '' podeszłam i zamknęłam je. Jednak nie byłam w stu procentach spokojna, wczorajsze wydarzenie nie dawało mi spokoju. Usiadłam na łóżku, wszyscy już smacznie spali, a w domu bylo ciemno. Nagle usłyszałam skrzypienie podług i ciche pukanie. Przestraszyłam się, klamka moich drzwi powoli się przekręcała, drzwi się uchyliły i do mojego pokoju weszła Ania.
-Ale mi strachu napędziłaś - Rzekłam z ulgą, jednak ciągle ciężko mi się oddychało.
-Boję się tam spać-Powiedziała cichutko dziewczynka i podeszła do mojego łóżka.
-Nie możesz codziennie ze mną spać -wzięłam ją na kolana- masz swój własny pokój i własne łóżko, to w nim musisz spać.
-Ale, ale ja się boję. On tam jest, on na mnie patrzy -w tym momencie serce zaczęło mi bić jak szalone.
-Ale, j..ja..jak to jest. Kto?! - Zająkałam się - Opowiedz mi o ,,nim''.- Ania wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać.

-Gdy kładę się do łóżka ON wchodzi do mojego pokoju przez okno i na mnie patrzy (pewnie zastanawiacie się co kryje się pod słowem ,,ON'' tak, ja też się zastanawiam). Jest wysoki i Ma czarny kapelusz oraz długi, czarny płaszcz. Nie ma twarzy, ma tylko czerwone oczy które zawsze patrzą na mnie ze złością.
-To był tylko sen, nie martw się (powiedziałam tak chociaż sama w to nie wierzyłam)pójdę z tobą do pokoju i spróbujesz zasnąć, dobrze?
-Dobrze.-Odpowiedziała i wtedy poszłyśmy do jej pokoju, położyłam ją do łóżka, okryłam kołdrą i wyszłam. Położyłam się, i zasnęłam dość szybko.

Rano wstałam ubrałam się, uczesałam i zeszłam na dół, zdziwiłam się że nie było tam jeszcze mojej kuzynki, w końcu zawsze wstawała kilka godzin przede mną ,,Pewnie znowu nie mogła zasnąć'' pomyślałam i zaczęłam robić sobie śniadanie.

Minęło pół godziny, była już dziesiąta, postanowiłam sprawdzić co u Ani i czemu jeszcze nie zeszła na dół. Weszłam po schodach i dotarłam do sypialni mojej kuzynki. Weszłam do pokoju, stanęłam w progu i nie mogłam uwierzyć w to co przed chwilą zobaczyłam. Dziewczynka wisiała powieszona na grubym sznurze, a na ścianie napisane było czarną farbą ,,MASZ SZCZĘŚCIE ŻE ZAMKNĘŁAŚ WTEDY OKNO'' 

piątek, 15 lutego 2013

Wszystko Będzie Dobrze

Budziłem się w losowych miejscach, ale nie było to bardzo kłopotliwe. Zasnąłem na kanapie - obudziłem się w łóżku.

- Oh Randy, byłam taka sama w twoim wieku. - Moja matka miała zwyczaj mówić tak uśmiechając się, a następnie odwracając na pięcie, co oznaczało koniec dyskusji.

Czasem wydawało mi się, że mogli to zrobić rodzice, ale jaki by mieli w tym cel? Kiedy smacznie sobie śpię w moim łóżku przychodziliby i delikatnie zanosili na podłogę w kuchni? Nie. To było coś ze mną. Miałem nieco mniej niż szesnaście lat, kiedy również i oni zaczęli to dostrzegać.

Moja starsza siostra, osiemnastoletnia wówczas Anne, przysypiała przed TV, kiedy ja przechadzałem się po domu i celowo usiadłem obok niej. Czasami myślała, że byłem przytomny, ale następnego dnia nic nie pamiętałem.

Potem zaczęło się gadanie. Wszedłem do jej pokoju pewnej letniej nocy. Siedziała przy komputerze, a ja się na nią pusto gapiłem. Pytała mnie o coś, a ja odpowiadałem "tak" na każde pytanie. W ogóle bez związku.

- Ran, wszystko dobrze?
- Tak.
- Co się dzieje?
- Tak.

Czasami znajdowała mnie gdzieś, zazwyczaj spałem. Kilka razy wszedłem do jej łazienki. Darła się na mnie i wyrzucała stamtąd mówiąc:

- Nawet, jeśli masz jakąś pierdoloną narkolepsję, czy cokolwiek, to tak nie można! Depczesz moją prywatność! - Była dość skrytą osobą i zawsze to szanowałem, nawet po jej wyprowadzce. Jednak gdy spałem, to wyglądało to trochę inaczej. Nic się nie liczyło, nic nie miało znaczenia.

Próbowałem wszystkiego. Przez jakiś czas sypiałem w śpiworze, suwak zamknięty pod szyję, w rękawicach. Nie skutkowało. A budziłem się w coraz dziwniejszych miejscach. Nigdy nie oddalałem się zbyt daleko od domu, ale już regularnie budziłem się na zewnątrz. W lesie, na ulicy. Nie spałem kilka dni pod rząd, miałem już zwidy, ale nie obchodziło mnie to. Chciałem być normalny.

Mój najlepszy przyjaciel, Daryn, bardzo mnie wspierał, zawsze uspokajał, kiedy sam siebie pozbawiałem snu i miałem uczucie, że mi zaraz czachę rozsadzi. Namawiał mnie, abym się przespał i obiecywał, że będzie mnie pilnował, a zazwyczaj tak tez robił. Czasami budziłem się i znajdowałem wiadomości od niego. Małe, pocieszające notatki typu:

"Wszystko będzie dobrze - Daryn."

Znajdowałem te karteczki w szczelinach i zakamarkach mojego domu, ładnie i ciasno złożone. Utwierdzały mnie, że jest dobrze.

Daryn i ja nie zawsze trzymaliśmy się razem. Czasami się kłóciliśmy, a on wychodził. Koleś miał dużo problemów, może nawet jakaś forma depresji maniakalnej. Zacząłem znajdować uszczypliwe notki, na przykład, żebym się "odpierdolił" i "wziął się za siebie". Potem było jeszcze gorzej. Znajdowałem je wszędzie, a wyglądało to, jakby chciały się ze mną porozumieć.

"Nikt cię nie kocha, tylko wszystko psujesz - Daryn."
"Ja przecież tak się staram, żeby było wszystko dobrze!" - pomyślałem sam do siebie.
"I za każdym razem odnosisz porażkę - Daryn."
"Tak bardzo mi przykro..." - wyszeptałem cicho.
"Weź się zabij - Daryn."

Powinienem przestać się z nim zadawać, ale był wszystkim, co miałem, a zostawiał mnie na lodzie. Obudziłem się ubrudzony ziemią i zlany zimnym potem, miałem krew na rękach, którą sam sobie upuściłem podczas snu.

"Właśnie dlatego jesteś beznadziejny - Daryn"

Annie wkrótce wyjeżdżała. Poszła do koledżu. W przeciągu tygodnia jej pokój opustoszał niemal całkowicie, zabrała wszystkie swoje rzeczy do akademika, a teraz została już tylko ona. Powiedziała, że wyjeżdża pod koniec tygodnia. Minęły już miesiące odkąd dostałem jakąś wiadomość od Daryna. Nie było go w pobliżu, więc nie mógł ich podkładać.

Byłem szczęśliwy. Samotny, ale szczęśliwy. Nie zawracałem sobie nim głowy.

Noc przed wyjazdem Annie zasnąłem z uśmiechem na twarzy. Śniłem o cudownych rzeczach. Wodospady i łąki, miejsca, gdzie wszystko było tak jak być powinno.

Obudziłem się po południu. Nie było samochodów na podjeździe, nic niezwykłego, ale mój pokój zdemolowany. Wgniecenia w szafie z ubraniami, drzwi powyrywane z zawiasów. Musiałem nieźle szaleć w nocy, ale przynajmniej wciąż byłem w łóżku.

Poszedłem korytarzem sprawdzić, cze Annie jeszcze tu była, nie powiedziała, kiedy wyjeżdża. Jej pokój był pusty oczywiście, ale coś nie pasowało tym razem. Drzwi jej toalety były nieznacznie otwarte. Nigdy ich nie zostawiała niedomkniętych, nawet o milimetr. To była strefa jej prywatności, jej sanktuarium.

Zobaczyłem małe kropelki na podłodze. Rozmazane, jak szkarłatne pastele, jakby ktoś starannie je rozmieścił. Poszedłem ich śladem do łazienki, patrząc w dół całą drogę. Doszedłem do drzwi i chwyciłem na krawędź. Powoli popchnąłem.

Była tam.

Pokiereszowana i wymęczona. Tętnice z jej szyi był wyrwane. Dywan nie był już śnieżnobiały i suchy, ale ciemno-czerwony i wilgotny. Jakby została zmasakrowana przez zwierzę.

I zobaczyłem to.

Mała karteczka na jej piersiach, złożona z dbałością i precyzją, jaką Daryn zawsze się szczycił.

Jednak podpis był inny.

Wtedy dotarło do mnie, było jasne jak słońce. Fala oświecenia, ale wciąż nie chciałem w to wierzyć.

To nie był Daryn. To nigdy nie był on. Zacisnąłem powieki i starałem to sobie przetłumaczyć.

Otworzyłem oczy i przeczytałem wiadomość po raz ostatni, zaszklonymi oczami i z drżącymi palcami.

"Wszystko będzie dobrze - Randy"

---

Tłumaczenie: Lestatt Gaara @ Para-Noir
Autor: Anna Elise Groves @ http://creepypasta.com/

Ze specjalną dedykacją dla Pauli Tobiasz.

(CC) BY-NC-ND 3.0 © Przy kopiowaniu proszę zachować autora, tłumacza i oba źródła.

czwartek, 14 lutego 2013

Życie singla

Środa. Niby 7 lekcji, ale zleciały w miarę szybko. Do tego siedziałem z moim przyjacielem, co powodowało dodatkową rozrywkę. Umówiliśmy się, że wpadnę do niego po lekcjach i zacznie uczyć mnie grać na gitarze. Ostatnia była biologa, chłopaki mieli jeszcze WF, z którego byłem zwolniony. Do domu wróciłem zatem godzinę wcześniej. Szybko wrzuciłem coś do ust i poszedłem pod szkołę, gdzie byliśmy umówieni. W końcu chłopakom skończył się WF i powoli zaczęli wychodzić ze szkoły.
- Uprzedzam, że w moim pokoju może panować niezły pierdolnik - powiedział mój przyjaciel
- Daj spokój, mnie to nic nie przebije - odpowiedziałem
- Aż tak źle?
- Życie singla

Dalej rozmowa upłynęła nam w przyjaznej atmosferze. Kluczyliśmy między uliczkami na osiedlu domków jednorodzinnych. Wokół nas była cisza, jakby nagle ktoś wyłączył dźwięki otoczenia. "Normalnie jak w grze", powiedziałem.

...

- Siadaj na łóżku, bierz sprzęt i gramy. Napijesz się czegoś?
- Nie, dzięki stary, piłem kawę przed wyjściem.
Wziąłem do rąk gitarę i zacząłem grać. Towarzyszyło mi specyficzne uczucie, jakbym był panem muzyki, uczucie spełnienia. Czułem jak muzyka wypełnia moje ciało, a kolejne akordy pobudzały moje wnętrzności do pracy. Uwielbiam ciężką muzykę, a gra na gitarze elektrycznej potęgowała moją radość. W pewnym momencie odczułem jednak frustrację i przekazałem instrument mojemu przyjacielowi. Dalej grał on. Gdy słuchałem jak pięknie gra, czułem się jak w transie, pełna hipnoza, tylko muzyka się liczyła. W pewnym momencie skończył grać. Zrobiło się bardzo cicho. Nawet jeżdżące po ulicy samochody nie hałasowały.
- Idziemy na fajkę? - spytał mój przyjaciel
- Chwilka, chciałbym jeszcze raz spróbować zagrać "Labirynt Fauna"
- Trzymaj sprzęt, pamiętaj, 7-8, 7-8, 7-5, 5-3, 3-0.
Wziąłem gitarę i spróbowałem. Ze wzmacniacza wydał się jednak inny dźwięk niż tego oczekiwałem.
- Kurwa. Nic mi nie wychodzi. Chodź zajarać.
- Dobra, dam ci jakieś ciapy i idziemy na balkon.
Podał mi jakieś ciapy, które bez ociągania włożyłem na nogi. Włożyłem też kurtkę, gdyż na dworze było zimno. Wyszliśmy na balkon. Poczęstował mnie fajką i odpalił mi ją. Po chwili zrobił to samo.
- Jak oceniasz moją grę? Będzie coś ze mnie? - zaśmiałem się
- Niewykluczone, ale musisz dużo poćwiczyć. I tak szybko ogarniasz temat.
- Szczerze stray, przecież wiesz, że się nie obrażę.
- Mówię serio, grasz dobrze, ale trochę czasu zajmie ci nauka.
Zaciągnąłem się papierosem.
- Zawsze chciałem grać na gitarze. Już jak byłem w gimnazjum, wyobrażałem sobie, że wychodzę na scenę z gitarą. Za mną stoi perkusista, po moich bokach kolejnych dwóch gitarzystów i zaczynamy grać. I ta chwila trwa bardzo, bardzo długo.
- Ej ej, stary, bo zaraz odlecisz.
- Sorry, tak mi się zebrało na marzenia.
Zaciągnąłem się i wypuściłem dym. Ten jednak zamarł w bezruchu. Taka mała chmura, która tkwi w miejscu niczym zamarznięta. Spojrzałem na przyjaciela. Stał w tej samej pozycji, z papierosem w ustach, patrząc się przed siebie. Cały świat wydawał się zatrzymany w bezruchu. I wtedy ujrzałem blask.

...

- Mówię serio, grasz dobrze, ale trochę czasu zajmie ci nauka.
Zaciągnąłem się papierosem i spojrzałem na zielone drzewa i bezchmurne niebo.
- Dziwne, zdawało mi się, że przed sekundą padał deszcz.
- Ciekawe skąd, skoro mamy totalnie błękitne niebo.
- Czasem tak mam, krótka podróż w czasie, rozumiesz.
Nagle poczułem, że w moim ciele rodzą się złe emocje. Agresja, strach, obawa. Musiałem jakoś ją wyładować. Blask.

Kolejne co ujrzałem, to on leżący na ziemi, krew wypływająca z jego głowy i ja, z mosiężną klamką od drzwi w ręku. Poślizgnąłem się na posadzce, po czym uderzyłem głową o ścianę i zacząłem obficie krwawić. Kolejny bezruch, potem blask.

...

- Mówię serio, grasz dobrze, ale trochę czasu zajmie ci nauka.
- Szczerze? Odkąd słucham metalu, marzyłem o grze na gitarze. Muzyka dawała mi taki azyl i...
- IGOR!!!! - krzyknął mój przyjaciel. Wychylił się za barierkę balkonu. - SIEMA!
Dalej pamiętam jak wypadł, jak chwyciłem jego kostkę, ale był za ciężki, bym mógł go utrzymać. Poleciałem za nim. Blask.

Zobaczyłem nasze ciała leżące w kałuży krwi, na betonie. Wokół leżały jesienne liście, na niebie było słońce, ale częściowo za chmurami. Obok zobaczyłem niego. Po raz kolejny wszystko zamarło, potem znowu był blask.

...

- Mówię serio, grasz dobrze, ale trochę czasu zajmie ci nauka.
- Powaga? Nie spodziewałbym się, myślałem, że gram tragicznie.
- Daj spokój, nieźle jak na początki. Dużo błędów, ale nie poddawaj się.
- Zawsze chciałem grać na gitarze, ale nigdy nie było mnie na nią stać.
Chciałem zaciągnąć się papierosem, ale nie mogłem ruszyć ręką. Czułem się jakbym zamarzał. Ewidentnie ktoś wysysał ze mnie siły. I wtedy stało się. Zobaczyłem faceta ze snajperką naprzeciw naszego balkonu. Pierwszy dostał kolega. "Jezu, najpierw on, teraz mnie zabije", pomyślałem. Jednak tak się nie stało. Facet rzucił snajperką w moim kierunku. Blask.

Z innej perspektywy zobaczyłem jak próbuję złapać snajperkę, jednakże wyślizguje mi się z rąk i uderza kolbą o podłoże. Z lufy wylatuje pocisk i trafia mnie centralnie między oczy. Upadam na posadzkę i zalewam się krwią. Po raz kolejny doświadczam zatrzymania czasu i po raz kolejny blask.

...

W pewnym momencie skończył grać. Zrobiło się bardzo cicho. Nawet jeżdżące po ulicy samochody nie hałasowały.
- Idziemy na fajkę? - spytał mój przyjaciel
W jednej sekundzie przypomniałem sobie wszystkie moje wizje.
- Nie, dzięki, na razie nie mam ochoty.
- Jak chcesz - powiedział i wyszedł.
Chwilę później usłyszałem huk. Wbiegłem na balkon. Zobaczyłem zwłoki mojego przyjaciela, leżące w kałuży krwi. Spadający z dachu lód zgniótł jego czaszkę gdy tej wychylał się przez barierkę. Nagle poczułem, że ktoś mnie popycha. Poślizgnąłem się i nadziałem na szpikulec do grilla. Przed oczami zrobiło mi się ciemno, nie wiem czy zemdlałem czy umarłem.

Lalka Okiku

Tajemnicza lalka opętana przez ducha dziecka przyciąga uwagę ludzi w całej Japonii już od dekad. Legendarna lalka Okiku, nazwana po dziewczynce, która miała zwyczaj się nią bawić dawno temu, jest wysoka na 40 centymetrów, ubrana w kimono i ma szklane, czarne oczy... oraz włosy, który rosną.

Lalka Okiku przebywa w świątyni Mannenji w mieście Iwamizawa (prefektura Hokkaido) od 1938 roku. Według świątyni początkowo lalka miała tradycyjnie, krótko ścięte włosy, ale z czasem urosły 25 centymetrów, aż do kolan lalki. Jej włosy są okresowo przycinane, ale mimo to wciąż odrastają.

Mówi się, że lalka została zakupiona w 1918 roku przez 17-letniego chłopca imieniem Eikichi Suzuki podczas wizyty w Sapporo na wystawie morskiej. Kupił ją na Tanuki-koji - słynnej w Sapporo ulicy handlowej - jako pamiątkę dla swojej dwuletniej wówczas siostry, Okiku. Dziewczynka pokochała lalkę i bawiłą się nią każdego dnia, ale rok później zmarła nagle w skutek powikłań po przeziębieniu. Rodzina umieściła lalkę na domowym ołtarzyku i modlili się do niej każdego dnia, aby uczcić pamięć Okiku.

Jakiś czas później zauważyli, że lalka ma coraz dłuższe włosy. To był znak, że niespokojna dusza dziewczynki znalazła schronienie w lalce.

W 1938 roku rodzina Suzuki przeprowadziła się do Sakhalin, a lalkę oddali pod opiekę świątyni Mannenji, gdzie pozostaje do dzisiaj.

Nikt nie jest w stanie całkowicie wytłumaczyć dlaczego włosy lalki wciąż rosną. Rzekomo jednak po badaniu naukowym wyszło na jaw, że włosy należą do małego dziecka.

---

Tłumaczenie: Lestatt Gaara @ http://paranoir.pl/
Autor: --- @ http://pinktentacle.com/

(CC) BY-NC-ND 3.0 © Przy kopiowaniu proszę zachować autora, tłumacza i oba źródła.

wtorek, 12 lutego 2013

Największe Zagadki Ziemii

Ziemia jest tajemniczym miejscem. Wielu zjawisk mających tu miejsce w ciągu dnia nie udaje się wyjaśnić. Dla wielu pojmujących współczesną technologię i naukę istnieją zdarzenia mniej lub bardziej regularne, dla których (obecnie) nie istnieją żadne wyjaśnienia. Oto lista dziesięciu najbardziej zadziwiających zjawisk, od lat wprawiających badaczy w zakłopotanie - w wielu przypadkach, od dekad i jeszcze dłużej.

1. Zwierzęta w kamieniu ukryte

http://www.paranormalium.pl/ilustracje/artykuly/zywa_skamielina_foto.jpg

W 1821 roku magazyn "Tilach's Philosophical Magazine" opublikował niecodzienną historię kamieniarza Davida Virtue, który dokonał zadziwiającego odkrycia podczas pracy przy dużym kawale skały wydobytym z głębokości 66,5 metra pod powierzchnią gruntu. Po jego rozbiciu "odnalazł jaszczurkę znajdującą się w skale. Była zwinięta z swojej formie na kształt pieczary, która była odbiciem ciała zwierzęcia".

"Miała ona wymiary 3,5 centymetra, miała brązowawy kolor i okrągłą głowę z jaskrawo błyszczącymi oczami. Z pozoru była martwa, jednakże po pięciu minutach przebywania na powietrzu zaczęła wykazywać oznaki życia. Wkrótce zaczęła energicznie biegać".

Istnieją pojedyncze udokumentowane przypadki odnajzowania, najczęściej zwiniętych, żab, ropuch lub jaszczurek. Najczęściej zwierzęta były żywe. Istnieje również bardzo wiele odcisków ich skóry lub kształtu w pieczarach, w których te zwierzęta się znajdowały. Skłania to do kilku interesujących pytań: Jak te zwierzęta się tam znalazły i przeżyły? Skąd w skałach - które według geologii formują się przez setki, jeśli nie tysiące lat - wzięły się odciski zwierząt? Jak długo te zwierzęta się tam znajdowały?

2. Okaleczenia bydła

http://www.paranormalium.pl/ilustracje/artykuly/mutilation.jpg

"Szliśmy tą drogą, kiedy zaskoczyła nas burza z piorunami. Dostrzegliśmy to zwierzę, gdy podeszliśmy. Wróciliśmy, by to sprawdzić i znaleźliśmy je okaleczone. Zbadaliśmy je i wyszło na jaw, że zostały wycięte wszystkie narządy płciowe. Jego oczy i powieki również zostały wycięte. Na pewno nie była to robota drapieżników. Nie mógł tego zrobić drapieżnik, ponieważ całą chirurgiczną robotę wykonał specjalista..." Tak brzmiała relacja ranczera C. E. Pottsa z 1990 roku.

Jest to typowy opis zjawiska, które po raz pierwszy zostało udokumentowane na początku lat 70. XX wieku po pojawieniu się relacji od ranczerów z amerykańskich stanów Minnesota i Kansas. Nigdy wcześniej nie znaleziono u bydła takich okaleczeń, wymagały one chirurgicznej prezycji przerastającej możliwości drapieżników (które są ranczerom dobrze znane). Selektywnoąść również jest niezwykła: często są usuwane tylko oczy, język lub narządy płciowe, dość często występuje również całkowity brak krwi. Teorie próbujące wyjaśnic to zjawisko włączają działalność kultów satanistycznych, kosmitów, eksperymenty rządowe (często w okolicy widywano nieoznakowane czarne helikoptery) oraz dziwne choroby. Do teraz jednak nie znaleziono zadowalającego wyjaśnienia.

3. Niewyjaśnione buczenie

http://www.paranormalium.pl/ilustracje/artykuly/taos_mountain.jpg

Mieszkańcy miast w Wielkiej Brytanii oraz w południowo-zachodnich stanach USA skarżą się na denerwujące buczenie o nieustalonym źródle. Również badaczom nie udało się ustalić źródła buczenia. Nie każdy może dosłyszeć niskotonowe buczenie i dlatego wydaje się, iż jest to zjawisko naturalne - doprowadza ono do szału. W 1997 roku brytyjska gazeta otrzymała prawie 800 listów od ludzi skarżących się na bezsenność, rozdrażnienie, osłabione zdrowie oraz niezdolność do czytania lub uczenia się, spowodowane przez nieustające buczenie.

Zjawisko jest najbardziej znane w USA pod nazwą Taos Hum. Jest ono szczególnie uciążliwe dla "słuchaczy" z Taos w stanie Nowy Meksyk, którzy zrzeszyli się w 1993 roku i wysłali petycję do Kongresu z prośbą o zbadanie i pomoc w ustaleniu źródła hałasu. Nie znaleziono jednak żadnych przyczyn powstawania zjawiska.

Jedna z wiodących teorii mówi, że buczenie jest spowodowane przez wojsnowy system komunikacji używany do komunikowania się z załogami łodzi podwodnych.

4. Pioruny kuliste

http://www.paranormalium.pl/ilustracje/artykuly/piorun_kulisty.jpg

W styczniu 1984 roku piorun kulisty o średnicy 10 centymetrów wpadł do wnętrza radzieckiego samolotu pasażerskiego i, jak podały radzieckie media, "przeleciał nad głowami zdumionych pasażerów. W tylnej części liniowca rozdzielił się na dwie półkule, które połączyły się ponownie i bezgłośnie opuściły samolot". Piorun pozostawił w samolocie dwie dziury.

Pioruny kuliste są niezwykłym zjawiskiem naturalnym, do wyjaśnienia którego dąży obecnie nauka. Problemem dla naukowców jest fakt, iż zjawisko to występuje dość rzadko, toteż jego zbadanie jest praktycznie niemożliwe. Próbowano sztucznie odtworzyć to zjawisko w warunkach laboratoryjnych, obecnie jednak do badania potrzebna jest naturalna próbka. Może się ono okazać niemożliwe, ponieważ piorun kulisty przemyka - przelatuje w ciągu chwili i znika bądź eksploduje, powodując głośny hałas.

Fascynujące jest to, co wywołuje zjawisko pioruna kulistego, oraz jego intrygujące "zachowanie". Świadkowie mówią, że przemieszcza się on z pewnym rodzajem inteligencji po ścianach lub meblach, być może unikając przeszkód. Bardziej tajemnicze jest przenikanie przez solidne przedmioty. Czasami piorun kulisty pozostawia dziury, tak jak we wspomnianym samolocie, może jednak również przechodzić przez ściany i okienne szyby bez pozostawiania śladów.

5. Światła-widma - spooklights

http://www.paranormalium.pl/ilustracje/artykuly/marfa_lights.jpg

Wydaje się, że to zjawisko jest powiązane z piorunami kulistymi... niekoniecznie. Niejeden słyszał o zjawisku zwanym "spooklights" (widmowe światła), opisywanym na całym świecie. A jest tego dużo. Być może najbardziej znane są tak zwane Światła z Marfy, widywane od wielu lat w pobliżu miasta Marfa w Teksasie w USA. Światła najczęściej pojawiają się nocą i można je dostrzec na autostradzie nr 90. Gdy jednak badacze chcieli obejrzeć światła, nie zobaczyli nic.

Inne "spooklights" to między innymi: Trzystanowy Piorun na granicy amerykańskich stanów Oklahoma, Kansas i Missouri; Światła z Brown Mountain niedaleko Morganton w North Carolina; Światło z Gurdon w Arkansas; Cmentarne Światła z Silver Cliff w Colorado; Światła z Hebronu w Maryland; "Hornet Spooklight" na południu stanu Missouri oraz Widmowe Światła z Peakland w Wielkiej Brytanii.

Istnieje wiele niesprawdzonych teorii włączających działalność kosmitów, miraże, duchy oraz pioruny kuliste wywoływane przez nacisk tektoniczny skał.

Teoria Sznurków

Czy miałeś kiedyś wrażenie, że ktoś obcy był w twoim domu, ale po prostu pomyślałeś "Nie chcę wiedzieć" i zignorowałeś to? Czasem wolimy wybrać strach przed nieznanym, zamiast stawić czoła prawdziwemu, konkretnemu zagrożeniu. Chociaż, zazwyczaj to nic takiego. Kiedyś włączył się brzęczyk w moim bezprzewodowym telefonie, byłem wtedy sam w domu. Można go było uruchomić jedynie z dużego pokoju. Innym razem przysiągłbym, że ktoś zabrał drobniaki z mojego biurka. To prawdopodobnie tylko sztuczki naszej pamięci, mogące co najwyżej wprawić nas w zakłopotanie.

Ale co byś zrobił, gdyby przydarzyło ci się coś naprawdę dającego do myślenia? Uciekłbyś, czy po prostu to zignorował - tak jak ja?

Zeszły poniedziałek był zwyczajnym dniem. Wstałem, umyłem zęby, przebrałem się w szkolne ubrania... Małe części mojego porannego rytuału. To mógłby być kolejny niegodny uwagi dzień - gdybym nie zobaczył sznurków.

W moim pokoju były trzy czy cztery grube sznurki, rozwieszone między ścianami. Krzyżowały się nad moim łóżkiem, jeden był przywiązany do drzwi. W żaden sposób nie mogłem ich przegapić - właściwie powinienem był się o nie potknąć. Sznurki były przyczepione do ścian szpilkami, których również tam nie było jeszcze dziesięć sekund wcześniej.

Nikt nie mógł się zakraść do mojego pokoju kiedy byłem w środku, nie mówiąc już o przygotowaniu tego wszystkiego. Był wczesny ranek i mój mózg nie pracował jeszcze właściwie. Po prostu zignorowałem ten widok, odczepiłem sznurki i wyszedłem do szkoły, zostawiwszy je splątane na biurku.

Dalej nie było lepiej. Na zewnątrz były setki sznurków, rozwieszonych między domami, owijających samochody, przecinających ulice... To musiał być jakiś bardzo wyszukany dowcip, ukryta kamera albo program komediowy. Wszyscy inni też byli wtajemniczeni; przechodnie byli wręcz oplątani sznurkami, które łączyły ich z przedmiotami do których się zbliżali i od których się oddalali, tak jakby podążali z góry wyznaczonym kursem.

Choć nieco zdenerwowany, wciąż szedłem do szkoły. W autobusie wszyscy prócz mnie byli przywiązani do drzwi. W szkole przyjaciele byli przywiązani do siebie nawzajem, nauczyciele do biurek i tablic. Dopiero wtedy zacząłem się zastanawiać czemu zostałem pominięty.

Kiedy moja przyjaciółka Lucy usiadła obok mnie przed pierwszą lekcją, po prostu rzuciła mi swoją torbę na kolana, podparła brodę ręką i zagapiła się w okno, nie zwracając na mnie uwagi.

- Hej, Lucy.

Brak odpowiedzi.

- Daj spokój, nie myślałem że ty też w tym siedzisz.

Westchnęła i zaczęła wyjmować podręczniki z torby. Wszystkie książki były przywiązane do jej rąk. Uśmiechnąłem się szeroko i oderwałem sznurek od jednej z nich. Lucy zdawała się tego nie zauważyć - po prostu zignorowała książkę, bez wahania pozwalając jej upaść na podłogę.

- Uhm. - Pochyliłem się, podniosłem książkę i odłożyłem na jej ławkę. Nic nie zauważyła.

-Czyli to na tym polega zabawa. - Uśmiechnąłem się, próbując wyglądać na rozbawionego, ale w rzeczywistości chciałem tylko ukryć zdenerwowanie. Zebrałem wszystkie sznurki przywiązane do Lucy w dłoń i je oderwałem. Lucy zamrugała, odwracając się do mnie.

- Cholera, Martin. Jesteś jak jakiś ninja, czy coś.
- Siedzę tu gdzieś od dziesięciu minut. - znów się uśmiechnąłem bo ulżyło mi, że moja przyjaciółka wreszcie mnie "zauważyła".
- Skąd się wzięły te wszystkie sznurki?! - wykrztusiła Lucy, która najwyraźniej dopiero je zauważyła.
- Myślałem, że wszyscy mnie wkręcacie...

Lucy zerwała się z miejsca i cofnęła w kąt. Nikt w klasie nie zwrócił na to uwagi.

- Jeszcze przed chwilą ich tu nie było! Czy ty też je widzisz?! - z głosu Lucy wynikało jasno, że była
naprawdę przerażona.
- Tak. Czy ty... - przerwała mi nauczycielka, zatrzaskująca za sobą drzwi. Wszyscy poza mną i Lucy wymamrotali powitanie i wciąż zdawali się nas nie dostrzegać.
- Od rana wszyscy mnie ignorują - powiedziałem Lucy, po czym odwróciłem się do nauczycielki. - Hej! Głupia krowo!

Brak reakcji.

- Wychodzę stąd. - Lucy odsunęła kilka sznurków i wyszła z klasy. Poszedłem za nią i, niespodzianka, nikt nie zwrócił na to uwagi.

Szliśmy przez korytarze, wchodząc i wychodząc z sal. Kiedy odwiązaliśmy od kogoś krzesło lub książkę, zdawały się tracić dla niego znaczenie. Nie istniały.

Pokazałem Lucy ulicę; było tam jeszcze więcej sznurków niż kiedy przechodziłem tamtędy rano. Dwa razy tyle. Ostrożnie przemykaliśmy przez ten gąszcz, zmierzając w stronę pobliskiej kawiarni. Wiem, niezbyt wyszukane miejsce. Ale co ty zrobiłbyś w naszej sytuacji? Tak jak mówiłem, strach przed nieznanym czasem wydaje się bezpieczniejszym rozwiązaniem. Kilka razy proponowałem żebyśmy odwiązali jeszcze kogoś. Lucy się sprzeciwiała, pamiętając jak bardzo była wtedy przerażona.

W kawiarni wyjęliśmy z lodówki parę kanapek i napoje. Znaleźliśmy stolik, odczepiliśmy wszystkie sznurki od krzeseł i usiedliśmy. Jedliśmy w ciszy, przestraszeni, obserwując obcych ludzi w kawiarni by odwrócić swoją uwagę od sznurków. Po dwudziestu minutach Lucy się odezwała.
- Teraz weźmie tę kanapkę. - wskazała kobietę po drugiej stronie.
Rzeczywiście, kobieta podeszła do lodówki i wzięła owiniętą w folię kanapkę, do której była przywiązana.
- Zapłaci za nią i wyjdzie. - Tak zrobiła, zgodnie z tym, co przepowiedziały sznurki.
- Ten facet nie zapłaci. - Patrzyłem jak mężczyzna bierze kawę i wybiega z kawiarni. Sprzedawcy wyglądali na zbyt wykończonych, by go gonić.

- To okropne. - wyszeptała Lucy. - Chodźmy stąd. Proszę.

Na zewnątrz nie było dużo lepiej. Wszyscy robili to, co kazały im sznurki, wykonując swoją codzienną rutynę. Lucy oznajmiła, że idzie do domu żeby to przespać, a ja zgodziłem się ją odprowadzić. Mieszkała tylko dziesięć minut drogi ode mnie.

W mniej ruchliwej części miasta nie było tak wiele sznurków. Było przyjemniej - mogliśmy udawać, że to się nie dzieje.

Skręciliśmy w ulicę Lucy. Nagle dziewczyna zatrzymała się z otwartymi ustami.
- A teraz co? - przerwałem ciszę zaskakująco słabym głosem.
- Spójrz. - wskazała w stronę domu jej sąsiada.

Zobaczyłem to wyraźnie i będę to pamiętał aż do śmierci. Mały ciemny stworek, mający może z metr wzrostu, szedł podpierając się rękami, prawie
jak małpa. Miał dwoje wyłupiastych żółtych oczu, które zajmowały prawie połowę jego twarzy, ale nie miał ust ani żadnych innych rysów twarzy. Trzymał młotek i kłębek sznurka, który rozwijał za sobą.

Szybko i cicho przeszedł od drzwi domu do skrzynki na listy. Zatrzymał się, przybił do skrzynki gwóźdź i przywiązał do niego sznurek. Odwrócił się w naszą stronę i zamarł, kiedy nas zauważył.

Poczułem się jeszcze bardziej zdziwiony niż przedtem, ale on tylko patrzył na nas z zaskoczeniem i ciekawością. Można wręcz powiedzieć, że to on był bardziej przestraszony niż my. Nagle - skinął na nas swoją malutką rączką.

Spojrzałem na Lucy - nie poruszyła się. Spojrzałem na stworka, który wciąż się na mnie gapił.Podszedłem do niego na kilka kroków, potem jeszcze bliżej. To już nie był strach przed nieznanym; to był strach przed tym małym stworzonkiem. Nie wydawał się groźny. Kiedy byłem metr od niego, wyciągnął do mnie rękę.

- Uhm, cześć. - uścisnąłem mu dłoń. Pokiwał głową z aprobatą, mrugając swoimi wielkimi żółtymi oczami.

- Więc to wy jesteście odpowiedzialni za te sznurki? - energicznie pokiwał głową. Zawołałem Lucy, ale została na miejscu.

- Jest was więcej? - kolejne kiwnięcie. Chciałem zadać mu mnóstwo pytań, o to czym jest i skąd pochodzi, ale wyglądało na to, że zostały mi tylko pytania, na które można odpowiedzieć "tak" lub "nie".

- Czy mamy chociaż wolną wolę?

Tylko na mnie spojrzał, niemal ze smutkiem. Nagle zrobiło mi się niedobrze i nie mogłem już patrzeć na tego potworka. Schwyciłem Lucy, która słyszała całą rozmowę, a teraz siedziała na krawężniku z twarzą w dłoniach.

- Chodź.

Weszliśmy do jej domu. Podczas gdy robiłem jej herbatę, Lucy weszła do dużego pokoju, gdzie odwiązała swojego psa i zwinęła się z nim w kłębek, płacząc. Odstawiłem herbatę i usiadłem obok niej.

- Bardzo się boję. - wyszeptała po dobrych dziesięciu minutach łkania.
Nie odpowiedziałem. Nie mogłem.

- Zaraz zasnę. - wymamrotała nagle Lucy i faktycznie usnęła. Sen zaczął coraz bardziej kusić i mnie, moje powieki wydawały się ciężkie, jakby coś ciągnęło je w dół.

Upadłem na dywan, a ostatnią rzeczą, jaką słyszałem był tupot kilku par małych stóp.

Następnego dnia czułem się znacznie lepiej, tak jakby ta cała sprawa była tylko snem. Pewnie by w to uwierzył, gdyby nie obudziła mnie mama Lucy, zastanawiająca się dlaczego nocuję u nich bez pozwolenia.

Przy śniadaniu Lucy zapytała dlaczego jestem taki blady i zdenerwowany. Uśmiechnąłem się, mamrocząc coś o złym samopoczuciu.

Ale prawda była taka, że bałem się ponieważ nie widziałem żadnych sznurków - i zastanawiałem się, czy wszystkie swoje działania wykonuję z własnej woli.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Chwila Świadomości

Zbliżała się północ, kiedy w końcu udało mi się zmrużyć oko. Pracowałem na pełnych obrotach nad artykułem o pacjencie ze szpitala psychiatrycznego, który mówił, że jego sny stają się prawdziwe. Chory drań. W każdym razie potrzebowałem odpoczynku. Zacząłem swoją cowieczorną rutynę. Umyłem zęby, przebrałem się w stary t-shirt i bokserki, wskoczyłem pod kołdrę i zasnąłem słuchając odgłosów miasta. Wszystko było jak zwykle.

Około trzeciej obudził mnie dziwny dźwięk. Brzmiało to, jakby coś kapało na dywan w salonie. No tak, gówniana hydraulika hotelowa, rury przeciekają, pomyślałem. Wstałem z łóżka ocenić problem. Było bardzo ciemno, więc włączyłem światła. Przez chwilę miałem wrażenie, jakbym znajdował się na powierzchni słońca. Zacisnąłem powieki i sięgnąłem po coś. Dosięgłem czegoś, co przypominało czyjś bark. Szeroko otworzyłem oczy i ujrzałem bladą, wyszczerzoną twarz ze słowem "UŚMIECH" wyrytym na czole, z jego ust kapała mieszanka śliny i krwi przedostająca się pomiędzy długimi, brudnymi, ostrymi zębami.

- O ŻESZ KURWA! - krzyknąłem. Już miałem uciekać, kiedy ta rzecz chwyciła mnie za ramię. Znieruchomiałem. Czułem, jak jego zimny dotyk przeszywa całe moje ciało.

- Gdzieś się wybierasz? - powiedział dwutonowym, demonicznym głosem. Wtedy ocknąłem się z transu. Wyrwałem się z jego chwytu i zacząłem uciekać. Wybiegłem na korytarz bez problemu, ale gdy zacząłem zbliżać się do drzwi frontowych poczułem intensywny ból wzdłuż pleców. Spojrzałem przez ramię i zobaczyłem pazury tego czegoś pokryte świeżą krwią. Moją krwią. To mnie jednak nie powstrzymało. Wciąż biegłem w kierunku drzwi. Wybiegłem na głośną, zatłoczoną ulicę Nowego Jorku. Zacząłem wołać o pomoc, ale chyba nikt na mnie nawet nie spojrzał. Jakby nikt mnie nie widział. Błagałem i krzyczałem o pomoc, gdy znów poczułem chwyt na sobie. Obrócił mnie i wtopił swoje pazury w moim brzuchu. Upadłem. Ostatnią rzeczą, którą widziałem, było to coś histerycznie się śmiejące nad umierającym mną. Spadałem w otchłań mroku, gdy moje oczy nagle się otworzyły. Obudziłem się rano w szpitalnym łóżku. Słyszałem piski monitora pracy serca w rytm mojego pulsu. Żyłem. To wszystko było snem. Cholerny, pokręcony sen. Lekarz stał nade mną, gdy się obudziłem.

- O, odzyskałeś przytomność! - powiedział.
- Gdzie... gdzie ja do cholery jestem?
- Jesteś w Szpitalu Bellevue, znaleźliśmy cię biegającego w pobliżu hotelu i wołającego o pomoc. Ktoś zadzwonił na policję, a oni przywieźli cię tutaj. Na początku myśleliśmy, że jesteś naćpany, ale przeprowadziliśmy testy i wyszły negatywnie. Stwierdziliśmy, że musiałeś mieć jakiś bardzo realistyczny koszmar i zacząłeś lunatykować.

Byłem trochę zdezorientowany, ale kiedy przypomniałem sobie sen, wszystko nabrało sensu.

- O jak to dobrze, co za ulga. - powiedziałem.
- Bezapelacyjnie, musiałeś mieć jakiś niezwykle przerażający koszmar. W każdym razie teraz już jesteś bezpieczny. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, to wezwij pielęgniarkę.

Doktor miał już wychodzić, ale wtedy coś mi zaczęło nie pasować.

- Zaraz, skoro tylko lunatykowałem, to czemu jestem w szpitalu? - zapytałem.
- Ach tak. Kiedy policja cię znalazła byłeś nieprzytomny. Myśleli, że przedawkowałeś, ale gdy cię podnieśli zobaczyli krew na twoich plecach i brzuchu. Jakimś sposobem udało ci się przeżyć mając trzy cięcia biegnące przez całe plecy i głębokie dźgnięcie w brzuchu. Nie martw się, pozszywaliśmy cię i powinieneś wyjść z łóżka lada moment. Chciałbyś wiedzieć coś jeszcze?

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Doktor wyszedł. Zapadła cisza; z wyjątkiem pacjenta zza drzwi obok. Śmiał się histerycznie.

niedziela, 10 lutego 2013

Odszedł od nas

Napisałem sam straszne opowiadanie, mam nadzieję, że jakoś mi to wyszło i moja praca nie poszła na marne  :)

Zombie. Zombie otaczały mnie z każdej strony, ale nie wiedziały gdzie jestem. I oby się tego przez jak najdłuższy czas nie dowiedziały. Te szaleństwo zaczęło się prawie trzy miesiące temu, w lutym. Mnóstwo ludzi czekało, przygotowywało się na jakąś epidemię, w wyniku której ludzie staną się zombii. I się doczekali. Mniej więcej pod koniec stycznia pojedyncze osoby zaczynały na coś chorować. Zarażeni pluli krwią, mieli niską temperaturę, miewali okropne bóle głowy i zaniki pamięci. W końcu zamieniali się w zombii. Media na całym świecie mówiły tylko o tym. Coraz więcej ludzi zaczęło się "przemieniać". Zapanowała panika. Niektórzy snuli domysły o tym, co się stało. Dla niektórych było to winą zanieczyszczenia oraz podniesienia temperatury na Ziemi. Inni twierdzili, że to związki chemiczne i badania nad nimi oraz innymi pierwiastkami doprowadziły do stworzenia wirusa. Wielu mówiło o karze nadanej przez Boga na zepsuty lud. Teorii było sporo, kolejną z nich jest tajna broń biologiczna rządu, czy też terrorystów. To nie jest ważne ja myślałem inaczej. Bóg odszedł. Po prostu nas opuścił. Może cały nasz kosmos, cały nasz świat jest kawałkiem czegoś o wiele większego? Nasza Ziemia, nasz świat bez Stwórcy został pozbawiony pewnej... siły? Energii? W takim razie co z aniołami, opuściły nas z Bogiem czy zostały i sieją zamęt? Jest mnóstwo pytań, na które nie znam odpowiedzi. Mnóstwo osób bało się o swoje życie i życie bliskich. Dwie, góra trzy osoby na dwadzieścia nie zachorowało. Wirus, bakteria, czy cokolwiek to było strasznie zmieniało to ludzi. Niszczyło i ulepszało zarazem. Skóra twardniała, często przydając się później jako pancerz. Nabierała niezdrowego, zgniłego koloru. Całe ciało okropnie śmierdziało, rozkładało się, lecz żyło. Wielu ludzi popełniało samobójstwa, przed obawą gorszej śmierci, czyli bycia martwym, lecz żywym i nie myślącym. Zdesperowani rodzice często zabijali swoje pociechy, a później sami zmieniali się w potwory. Młodzież i dzieci, które przetrwały ginęły pierwsze. Były najprostszym łupem dla zombii, szwendaczy. Natomiast domowe i bezpańskie zwierzęta albo stały się łupem dla zmutowanych ludzi lub dzieląc się na grupy, watahy stanowiły kolejne niebezpieczeństwo. Sytuację, która zapanowała na Ziemi można porównać do tej z pewnego amerykańskiego serialu. Część nielicznych, ocalałych ludzi starało się utworzyć sojusze, koalicje, w których walka z licznymi zombii byłaby łatwiejsza. Jak można się domyśleć, nie wyszło. Przynajmniej do tej pory, może kiedyś ktoś połączy swoje siły i będzie umiał zapobiec atakom szwendaczy. Człowiek, który nie jest uzbrojony nie ma szans na przeżycie w walce z zombii. Broń często tylko przedłuża życie, zombii atakują w sporych grupach tym samym tworząc coś trudnego do pokonania, niemożliwego wręcz. Rząd nic na to nie poradzi, co ja mówię, nie ma żadnego rządu, żadnych państw, cywilizacji, ani ich mieszkańców. Dziwnym trafem pojazdy nie działają. Po prostu nie da się ich uruchomić. Moja wiedza w dziedzinie naprawy samochodów nie jest wielka, lecz jednak coś tam wiem. Sprawdzałem dokładnie wszystko co mi przyszło na myśl i nigdzie nie widziałem usterek. Żaden spośród dziesiątek badanych samochodów nie chciał odpalić. Gdy zapanował chaos i każdy, który przetrwał działał na własną rękę. Z moich bliższych znajomych przeżył tylko kumpel z uniwersytetu- Ash oraz Melanie, zawsze mi się podobała. Podobała. Oby dwoje nie żyją. Od kilkudziesięciu minut. Do tego czasu wszystko szło dobrze. Codziennie zmienialiśmy nasze miejsce, w którym spaliśmy. Robiliśmy to przez, to że zombii mogły nas łatwo znaleźć, węch te bydlaki to miały dobry. Z jedzeniem nie było większych problemów, w marketach i sklepach cały czas leżało. Na samym początku można było jeść produkty z krótszą datą przydatności, lecz później zastąpiły je suchary, wafle, konserwy i inne produkty, które nadawały się do spożycia. Bywało, że natrafiliśmy na innych ludzi, mijaliśmy ich zawsze po rozmowie, czy po wymianie spojrzeń. Musieliśmy się nauczyć chodzić środkiem ulicy. Widać wszystko dookoła i w razie zagrożenia jest czas na reakcję, niewiele, ale zawsze coś. Zawsze unikaliśmy zombii i dzikich zwierząt, to nie było łatwe. Ostatnio to się nam nie udało. Po środku drogi stała karetka, weszliśmy do niej w poszukiwaniu leków, które w przyszłości mogłyby się przydać. Byliśmy w niej wszyscy, głupie, co nie? Zauważyłem nasz błąd i wysiadłem, żeby sprawdzić czy nic się nie zbliża. To uratowało mi życie. Grupa zombii zbliżała się w naszą stronę. Na mój widok zaczęli biec, byli blisko, i tak by nas znaleźli i dopadli. Zdążyłem krzyknąć do reszty, by uciekali. Sam zacząłem biec, by uciec przed stworami. Zombie dopadły Ash'a i Melanie, gdy wyskakiwali w pośpiechu z karetki. Kiedy to zobaczyłem przyspieszyłem tempa biegu, nie mogłem patrzeć na tę rzeź. Nic bym nie zdziałał z durną strzelbą przeciwko grupie stworów. Wbiegłem na pobliskie osiedle. Musiałem się gdzieś szybko schować. Zombie nie przepuszczą okazji do jeszcze większego posiłku. Kiedy mnie znajdą podzielę los Asha oraz Melanie. Ciężko będzie cokolwiek zrobić, znajdą mnie po zapachu. Wbiegłem do osiedlowego sklepu. Tylko, że ten był pewnym jakby małym marketem. Kasa mieściła się na końcu długiego korytarza, przy którym stały półki zapełnione wieloma produktami. Schowałem się wtedy za ladą, przy której jestem. Do obrony mam przy sobie tylko strzelbę, mogę wypalić dwa razy, są dwie lufy. Nie przeładuję niestety, nie zdążę. Wtedy mogę spróbować walczyć samą strzelbą, jak dobrze pójdzie to ubiję dwa szwendacze... Nie ma w tym durnym sklepie żadnej chociażby siekierki, czy też innej broni bardziej efektywnej w walce wręcz od strzelby. Czekałem w napięciu, wstałem i strzelbę miałem przygotowaną do strzału. Słyszałem pomruki zombii, wyczuły gdzie jestem. Nic nie stało im na przeszkodzie, by wejść do sklepu. Musiały otworzyć jedynie drzwi. Starałem się opanować strach, co bym robił jakbym przeżył? Starał się przetrwać? To przynajmniej zakończy moje cierpienie, które zaczęło się w momencie pierwszych zarażeń. Słyszałem już odgłosy kroków szwendaczy zmierzających w moją stronę. Pierwszy z nich wszedł przez drzwi. Okropna twarz pozbawiona szczęki sprawiała nieprzyjemne wrażenie. Czas zwolnił. Za pierwszym zombi wchodziły kolejne, wszystkie ruszyły w morderczym transie w moją stronę. Strzeliłem w stwora, który był najbliżej mnie. Strzelba uderzyła mnie w policzek, jednak ledwo to poczułem. Kula zniszczyła całkowicie głowę potwora, kości i cuchnąca krew poleciały dookoła. Wycelowałem ponownie w tłum gnijących ciał i oddałem kolejny strzał. Pocisk rozerwał klatkę piersiową jednego z biegnących zombii, z upiornym krzykiem upadł na  brudną od krwi posadzkę, na której został chwilę później zdeptany przez inne trupy. Szwendaczy było mnóstwo, dołączyły do grupy, która nas zaatakowało. W chwili, kiedy grupa zbliżyła się do mnie czas gwałtownie przyspieszył. Wyglądało to przerażająco. Mnóstwo rąk pokrytych bliznami, bąblami i licznymi strupami sięgało po mnie. Zachowałem zimną krew i uderzyłem z całej siły kilka razy w pokryte ropą mordy potworów. Nic to nie dało, grupa nacierała jeszcze bardziej i poczułem ból. Straszny ból wgryzł się w moją rękę, zacząłem krzyczeć, chyba ze złości. Po tym ból rozbrzmiał na mojej szyi, potem na nogach, brzuchu i rozlał się na całe moje martwe ciało. Trafię do nicości, przecież nie ma Boga.




--------------------------------------------------------------------------------------
Przy kopiowaniu proszę zachować źródło: http://somuchfear.blogspot.com/

Fobie

Mam na imię Max i interesuję się ludzkimi lękami. Skąd się biorą, przecież nie mogą powstawać ot tak z powietrza. Może to zasługa pamięci genetycznej, a może.... czegoś innego.
Ostatnio zauważyłem, ze wiele osób się czegoś boi, mniej lub bardziej. Zastanawiające jest to, że czasami ten strach jest wręcz paraliżujący i utrudnia im życie.
Czy w lęku nie ma niczego paranormalnego ?

Siderodromofobia

Moja mama od zawsze bała się pociągów. Dworce kolejowe, tory, obskurne wagony przerażały ją. Kiedy pytałem o co chodzi, zbywała mnie. W końcu każdy się czegoś boi, prawda ?

Kiedy podróżowaliśmy, to zawsze autobusami czy samochodem. Nawet samoloty i statki nie były dla mojej matki problemem. Strach budziły jedynie pociągi.

Bardzo chciałem dowiedzieć się, dlaczego tak jest. Dlaczego moja mama, silna i twarda kobieta, odczuwa wręcz irracjonalny strach do tego środku transportu.

Pewnego lata planowaliśmy odwiedziny u cioci Anee, siostry mamy. Ciocia Anee mieszka w wielkim domu po dziadkach w małym górskim miasteczku. Jest to niezwykle atrakcyjne turystycznie miejsce, dlatego niegdysiejsza
wioska szybko rozrosła się o nowe pensjonaty i restauracje.
Dzięki temu w tę okolicę kursuje też masa pociągów, a ceny biletów nie są wygórowane. Mój tata próbował przekonać mamę, że na paliwie stracimy krocie, a pociąg szybki, pierwszej klasy, z wagonami restauracyjnymi.
To jej nie przekonało. Zaczęła wręcz płakać prosząc, abyśmy pojechali samochodem.

Po dość długiej kłótni tata zgodził się.

Kiedy dojechaliśmy, w drzwiach domu, przywitała nas długonoga, szczupła blondynka. Harriet, bo tak miała na imię, okazała się być jedną z kuzynek mamy. Chociaż obie przywitały się ze sobą miło zauważyłem,
że mama wygląda na lekko spanikowaną.
Szybko jednak zaczęła się normalnie uśmiechać, więc uznałem, że mi się przywidziało.

Przy dość sutej kolacji przygotowanej przez ciocię Anee miałem okazję poznać córkę Harriet, Sandy. Dziewczyna wyglądała jak wierna kopia swojej mamy. Była także dumą rodziny, gdyż co chwilę zdobywała jakieś nagrody literackie.
Ja także tworzyłem poezje i opowiadania, więc szczerze zainteresowany postanowiłem z nią potem porozmawiać.

Kiedy wszyscy się najedli, Sandy spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami i zaproponowała mi spacer po okolicy. Powiedziała, że często bywa u cioci i może mi pokazać kilka ciekawych miejsc. Zgodziłem się.

Kiedy wyszliśmy z domu, zmierzchało. Niebo usiane było wczesnymi gwiazdami, paliły się latarnie, w powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy. Był to po prostu cudowny czas na przechadzkę.

Sandy poprowadziła mnie na łąkę za domem cały czas opowiadając: o swoich studiach, o nagrodach, o planach na przyszłość. Słuchałem zaciekawiony.

Minęliśmy mały lasek i zeszliśmy w dół. Znajdowały się tutaj stare i zarośnięte tory kolejowe, obok kawał betonowej płyty, który świadczył o tym, że kiedyś był tu przystanek.

Sandy usiadła na trawie obok torów i zaczęła mi opowiadać pewną historię.

Kiedy ciocia Harriet była mała wraz ze swoją mamą Eve często przyjeżdżały do jej cioci, Cassidy. Ciocia Cassidy miała dwie córki Anee i Lilę (moją mamę) oraz syna Jacoba (W tym momencie historii zacząłem się dziwić,
gdyż mama nigdy nie wspominała o bracie ).
Dzieci były nad wyraz zgodnym i miłym dla siebie kuzynostwem, to też często bawiły się razem. Jacob był najmłodszy ze wszystkich, miał zaledwie pięć lat. Dziewczynki natomiast przekroczyły już dziesiątkę.
Anee, jako najstarsza z gromadki, zawsze w trakcie zabaw musiała pilnować brata. Dzieci zwykle bawiły się grzecznie obok domu, ale kilka razy wybierały się na spacery.

Pewnego dnia zawędrowały pod te same kolejowe tory, obok których siedzimy teraz my. Mały Jacob ucieszył się: kochał pociągi i zawsze marzył o pracy na kolei. Zaproponował on zabawę: chodzenie wzdłuż starych torów.
Szybko podzielił obecnych na grupy. Ze względu na to, że Anee musiała go pilnować, on pójdzie z nią, a Lila i Harriet razem.
Grupka Jacoba miała iść w prawo, grupa mojej mamy w lewo.

Szczegóły zabawy były takie, że grupa idzie wzdłuż torów dopóki nie dotrze do czegoś jak tunel albo opuszczony dworzec. Potem po prostu zawraca i idzie zawiadomić o odkryciu pozostałe osoby
( w czasach, o których mówimy nie było telefonii komórkowej).

Dziewczynki zgodziły się i wszyscy ruszyli w swoje strony.

Reszta historii nie jest zbyt obiektywna: Sandy zna ją z ust swojej matki, a że szła ona z moją, nie są w stanie powiedzieć, co działo się z Anee i Jacobem. W każdym razie, Harriet i Lila po krótkim czasie doszły do tunelu.
Nad nim wił się las, a wejście było zapchane śmieciami. Z nieużywanego przejścia mieszkańcy zrobili sobie po prostu śmietnik.
Dziewczynki uznały, że to wystarczy, bo dalej i tak nie dotrą. Zawróciły i postanowiły powiadomić resztę o swoim odkryciu.

Niestety, zaczęło się zmierzchać, więc musiały wracać do domu. Na miejscu obok betonowej płyty nie było nikogo, więc uznały, że Anee i Jacob wrócili już do domu nie czekając na nich. Uspokojone, przeszły łąkę i poszły na kolację.

Ciocia Cassidy była bardzo zaniepokojona nieobecnością swoich dzieci o tak późnej porze. W końcu Anee miała już 15 lat i była bardzo rozważną osobą. Na pewno zatem wiedziała, ze mały powinien już dawno spać.

Jeszcze tej nocy, wujkowie James i Adam zaczęli poszukiwania dzieci. Lila i Harriet zostały szczegółowo wypytane o każdy szczegół zabawy. Niestety, trop urywał się, gdy Anee i Jacob minęli wielki dąb rosnący na zakręcie.
Potem dziewczynki już ich nie widziały. Mężczyźni ruszyli wzdłuż torów.

To, co znaleźli nad ranem było po prostu straszne.

Kilka kilometrów dalej zauważyli coś leżącego na torach. Podeszli bliżej i o mało nie zwymiotowali. To był Jacob. A raczej to, co z niego zostało.
Sama skóra, wciąż w ubrankach. Doszczętnie roztrzaskana czaszka , z której wydobywały się strużki szarawej substancji. Na lewo leżało coś, co przypominało dziecko obdarte ze skóry.
Nie rozumiejąc z tego za wiele, mężczyźni wrócili do domu, gdzie zadzwonili na policję.

Anee znaleziono tego samego dnia pod wieczór w lesie. Żyła, jej tętno było wysokie, a ślady na ciele i porwane ubranie sugerowały przeciskanie się przez zarośnięte tereny. Gdy ją ocucono, niczego nie była w stanie nic sobie przypomnieć.
Dopiero następnego dnia pamięć wróciła.
To co Anee opowiedziała policjantom, było niezwykle dziwną historią.

Jak wiadomo, Anee i Jacob udali się w prawo. Szli żwawo przed siebie wzdłuż torów. Chłopczyk uwieszony ramienia siostry niedługo potem zaczął prosić, żeby pozwoliła mu iść środkiem torów.
Anee nie oponowała, w końcu był to opuszczony szlak, nie było się czego spodziewać. Przeszli tak trochę czasu rozmawiając.
W pewnym momencie Anee usłyszała coś, czego nie powinna tu usłyszeć: dźwięk jadącego pociągu. Chwilę się nad tym zastanowiła, ale uznała, ze to niemożliwe, że słyszy to zapewne dzięki malowniczym opowieściom Jacoba na temat pociągów.
Dziewczyna zawsze uważała, że Jacob miał niezwykłą umiejętność pobudzania wyobraźni.
W tej samej chwili zza zakrętu wyłonił się...pociąg. Był czarny i upiorny, tyle zdążyła zauważyć zanim rozpędzony wjechał w drepczącego Jacoba.
Siła uderzenia sprawiła, że wnętrzności chłopca zostały po prostu wyrwane ze skóry wraz z nietkniętym układem krwionośnym (stąd zero krwi) i kośćmi.
Anee trzymała malca za rękę: dopiero po chwili zauważyła, że mała rączka oderwana od reszty dynda w jej dłoni.
Z szoku nawet nie krzyknęła, jedynie odrzuciła ją ze wstrętem. Pociąg przejechał, a dziewczyna wciąż słyszała w uszach dźwięk ścieranej na papkę czaszki.

Dopiero gdy się rozejrzała i zauważyła co zostało z jej braciszka, zaczęła płakać i krzyczeć. Siła strachu napędziła jej nogi do biegu. Anee wpadła w las i zaczęła szamotać się wśród klujących krzaków.
Nie uciekła daleko, zaledwie kilkadziesiąt metrów, kiedy w pędzie uderzyła głową w konar drzewa i straciła przytomność. Tutaj też znalazła ją policja.

Opowieść Anee potraktowano jako reakcję umysłu na stratę brata. Sprawa śmierci małego wciąż jednak pozostała nierozwiązana. Policjanci zachodzili w głowę skąd na opuszczonej linii wziął się pociąg i gdzie się podział,
skoro Lila i Harriet z drugiej strony trasy odkryły zapchany kartonami i workami tunel.

W końcu sprawę umorzono, a w aktach wpisano, że mały Jacob spadł z urwiska, które znajdowało się kilometr od torów. Jednak miejscowi dotarli do prawdy i w okolicy szybko rozprzestrzeniła się legenda o pociągu widmo.

Sandy skończyła swoją opowieść dodając, że pewno moja mama też boi się pociągów i gdziekolwiek jeździmy, zawsze odmawia wejścia do jednego z nich.
To zapewne dlatego, ze nasłuchały się tego wszystkiego w młodym wieku i "siadło" im to na psychice.

Zapytałem kuzynki, czy w to wierzy. Odpowiedziała, że nie bardzo, bo dzieci lubią koloryzować. Poza tym te wymysły mogły być reakcją obronną Anee na stratę brata. Także nikt z rodziny nie wspominał o pociągu widmo.
A ludzie, jak to ludzie. Lubią gadać i wszędzie doszukują się czegoś paranormalnego.

Wierzyłem jej, w końcu studiowała psychologię.

Było już bardzo ciemno, kiedy wracaliśmy do domu. Teraz to głównie ja mówiłem. Najwięcej o tym, jak moja mama bardzo boi się pociągów. Gdy dotarliśmy do drzwi frontowych, uspokoiłem się. To wszystko przecież nie zdarzyło się naprawdę.

Wtedy to usłyszałem: postukiwanie torów i "wycie". Dobiegało dokładnie z miejsca, z którego wróciliśmy. Poczułem jak włosy na karku stają mi dęba. Spojrzałem na Sandy. Była przerażona.

Czym prędzej dopadliśmy drzwi i zamknęliśmy się w środku.

Czym był ten pociąg? Może czymś demonicznym, może podróżnikiem w czasie, a może "duchem" maszyny, która kiedyś się tam wykoleiła. Nie wiem. Staram się znaleźć coś na ten temat, gdyż od tamtych wakacji nie daje mi to spokoju.
Jedno jest pewne: niczym dobrym.

Jeśli kiedykolwiek znajdziecie się w małej górskiej miejscowości i natraficie na zarośnięte tory kolejowe, 
uciekajcie. Albo przynajmniej nie idźcie wzdłuż nich.


Autorka: Justyna K. Lambert 
Źródło: paranormalne.pl

Władca Snów

Pojawiłem się na jakimś nieoświetlonym placyku. Akurat w sam środek ulewy. Krople wody rozbijały się głośno o stary, popękany bruk. Chłód delikatnie smagał moje ciało ubrane w piżamę. Moje niebieskie oczy powoli zaczęły przyzwyczajać się do ciemności. Widziałem przed sobą kontury jakiegoś zamku. W jego wyglądzie było coś... innego. Wyglądał na opuszczony, lecz jednocześnie sprawiał wrażenie innego od tych starych, zrujnowanych zamków, które jeszcze ledwo się trzymają. Pnącza bluszczu gęsto pokrywały stary, kamienny mur, a czarne otwory okien ziały chłodem. Bałem się patrząc na tą budowlę, miałem wrażenie, że te stare mury kryją w sobie jakąś straszną tajemnicę.
Przełamałem swój strach i zbliżyłem się wrót upiornej budowli. W końcu to tylko sen, najwyżej się obudzę z krzykiem. Zbliżyłem się powoli do starych, drewnianych, okutych żelazem drzwi. Naparłem na nie i ze zdziwieniem stwierdziłem, że z łatwością się otworzyły. Zaraz po przekroczeniu progu zapaliły się dwie pochodnie rozmieszczone na ścianach. Przede mną zamiast dziedzińca przejście blokowały kolejne drzwi, większe od poprzednich. Próbowałem je otworzyć. Bezskutecznie. Wtedy nie miałem pojęcia co zrobić, rozejrzałem się po kamiennym przedsionku. Coś wystawało spod mchu, który częściowo zarastał posadzkę.  Pochyliłem się wyrwałem żółtawy mech. Moim oczom ukazała się drewniana klapa częściowo obita żelazem. Sięgnąłem dłonią w stronę brudnego, zardzewiałego koła, które w tym przypadku służyło jako pewnego rodzaju klamka. Pociągnąłem z całej siły, ledwie drgnęło. Spróbował jeszcze kilka razy. Nikt tego zapewne od dawna nie otwierał, ciekawe co jest pod tym. W końcu klapa oderwała się całkowicie od podłoża, szarpnąłem jeszcze raz i otworzyłem ją z trudem na oścież. Pod nią widniał ciemny szyb, zejście z podstawioną, starą drabiną, która podczas schodzenia po niej zapewne się zniszczy. Ostrożnie zszedłem na pierwsze stopnie, trzeszczały głośno i bałem się, że spadnę, ale było w miarę stabilnie. Schodziłem powoli w ciemność, bałem się jak w każdym swoim koszmarze. Z każdej strony otaczała mnie ciemność, ledwo widziałem kropkę światła nad sobą, czyli wyjście. Schodziłem już po tej ledwo trzymającej się drabinie wiele minut, jeśli nie kwadransów. Nudę zabijały moje myśli, mój strach przed tym co mogę znaleźć na dole. W końcu, w tej pustej ciemności zapaliło się światło. Odwróciłem się i zobaczyłem długi, nieoświetlony korytarz, tylko pochodnia obok zejście się paliła. Zeskoczyłem z szczebli drabiny na zimny bruk, dobrze, że nie czułem zimna. Nie chciałem iść dalej, przez korytarz.

Rekord

Wczoraj liczba wyświetleń wyniosła... 107! To pierwsze moje takie osiągnięcie jeśli chodzi o blogowanie. Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzili tą stronę, ponieważ daje mi to sporo satysfakcji. Poza rekordem w ilości dziennych wyświetleń, to także przekroczyliśmy już cyfrę 500 łącznych wyświetleń! Dziękuję wszystkim i zachęcam do dalszego czytania ;)

sobota, 9 lutego 2013

Przyjaciółka

Wczoraj córka powiedziała mi, że ma wymyśloną przyjaciółkę.

Akurat w tym nie ma nic dziwnego. Wiele dzieci ma swoich wyimaginowanych przyjaciół.

Jednak jest coś dziwnego w jej przyjaciółce.

Nazywa ją Giselle.

Ale co w tym nadzwyczajnego?

Giselle to imię, które nadałbym swojemu pierwszemu dziecku, gdybyśmy nie zdecydowali się z żoną na aborcję.

piątek, 8 lutego 2013

Długa Przerwa

Kiedy pierwszy szwendacz wpadł do szkoły wraz z taflą szkła drzwi wejściowych, trwała właśnie przerwa między lekcjami. 
Stałem przy oknie i znudzonym wzrokiem obserwowałem uczniów ganiających po korytarzu, kiedy to się zaczęło. 
Nigdy nie lubiłem dyżurów na przerwach, chociaż tak naprawdę, gdyby ktoś zapytał, nie potrafiłbym wytłumaczyć dlaczego. 
Po prostu nie lubiłem i już.
Tego dnia zgodziłem się na zastępstwo, o które poprosiła mnie Janet. Nie ukrywam, że liczyłem na jej wdzięczność, a przynajmniej życzliwsze zainteresowanie moją osobą, bo od miesiąca ukradkiem spoglądałem na jej krągłe biodra i nic na razie nie wskazywało na to, żebym zbliżył się do nich bardziej niż na odległość zdawkowego "Dzień dobry".
A zbliżyć się chciałem bardzo.
Swoją drogą od czasu, odkąd Janet pojawiła się w naszej szkole, zastanawiałem się jak to możliwe, żeby nauczycielka chemii wyglądała tak zjawiskowo jak ona. Do tej pory kojarzyły mi się one raczej z panną Person, która w zeszłym roku miała szczęście, jak się okazuje, udać się na zasłużony, wieczny spoczynek.
W końcu, lepiej chyba umrzeć we śnie, w swoim domu, niż zostać rozszarpanym przez sąsiada z tej samej ulicy.
Zanim ucichł brzęk tłuczonego szkła i zdumiony krzyk dzieciaków, zaskoczonych nagłym wtargnięciem napastnika, kątem oka zauważyłem, że to nie był dobry dzień dla woźnego Stevensa.
Rosły, ponad stukilogramowy Murzyn, który jako pierwszy zdecydował się zaglądnąć do naszego gimnazjum tego dnia, nie miał najmniejszych problemów z rozprawieniem się z 65-cio letnim inwalidą, któremu do emerytury zostało dokładnie dwa miesiące, a który miał nieszczęście, właśnie w tym momencie kierować się w kierunku wschodniego skrzydła z mopem i czerwonym wiaderkiem w ręce.
Jak sądzę, miał tam do wykonania jakąś ważną robotę, w stylu "utrzymajmy-tą-posadzkę-w-należytej-czystości-bo-za-to-nam płacą"
Wszystko trwało pewnie ok. minuty ale ja oglądałem to jakby na filmie w zwolnionym tempie.
Przynajmniej, w tym pierwszym momencie...
Pamiętam czerwone wiaderko, powoli toczące się w moim kierunku, dzieciaki w popłochu rozbiegające się na wszystkie strony, no i oczywiście wnętrzności biednego Stevensa (który kiedyś opowiadał mi jakie to uczucie, kiedy siedzisz w wietnamskiej dżungli, a wokół ciebie roi się od skośnookich skurczybyków, którzy tylko marzą o tym, żeby zrobić z ciebie potrawkę na obiad ) rozrzucone po dużej części korytarza.
A także jego samego, machającego rozpaczliwie rękami, kiedy łysa czaszka czarnego wielkoluda znikała raz za razem w jego brzuchu.
Potem akcja nabrała gwałtownego przyspieszenia.
W rozbitych drzwiach wejściowych pojawiło się nagle, nie wiedzieć skąd, kilkanaście postaci. Kobiety i mężczyźni, wszyscy raczej w średnim wieku, chociaż zauważyłem wśród nich drobną blondynkę wyglądającą na, co najwyżej 20 lat.
Zdaje się, że widziałem ją rano na parkingu przed szkołą kiedy to z entuzjazmem próbowała wcisnąć mi do ręki ulotkę Greenpeace. Chodziło chyba o ochronę wilków. Ulotkę wziąłem ale Bóg mi świadkiem, ratowanie wilków to nie było to, czym zamierzałem się przejmować tego wiosennego dnia.
Teraz na jej twarzy nie dostrzegłem już żadnych śladów porannego zaangażowania.
Inna sprawa, że duża jej część zniknęła, najprawdopodobniej na skutek kontaktu z czymś twardym i dużym i - zdaje się ostrym, a to co zostało, wykrzywione było w grymasie, który przywodził mi na myśl pysk wściekłego psa, a może nawet właśnie wilka, szarżującego z obnażonymi kłami na swoją zdobycz.
Dokładnie. Tak właśnie wyglądać mógłby jeden z tych wilków, które chciała ratować jeszcze trzy godziny temu...
To ona właśnie dopadła pierwszego dzieciaka.
Drobny blondynek w okularach, bodajże z pierwszej klasy, stał nieruchomo jak posąg, wytrzeszczonymi oczami patrząc na to, co robi z woźnym Stevensem pierwszy ze szwendaczy, a wokół niego, na świeżo wypolerowanej posadzce rosła plama moczu. Każdego innego dnia obsikane spodnie, spowodowałyby u małego pewnie niezłą traumę, a jego koledzy mieliby z niego używanie przez kilka następnych miesięcy ale tego dnia było to jego najmniejszym problemem.
Wolontariuszka Greenpeace dopadła go w mgnieniu oka i jeszcze szybciej wgryzła się w jego chudą szyję.
Zdecydowanie, plama moczu na spodniach chłopaka nie stanowiła tego dnia żadnego problemu. Patrząc, na to, co robi z jego szyją wściekle warcząca blondynka, nie sądziłem też żeby to się zmieniło w przyszłości.
W tym samym czasie korpulentna brunetka, zdaje się, że pracująca w pobliskim oddziale banku, rozprawiała się z dwiema dziewczynkami, które do tej pory rozpaczliwie tuliły się do siebie przy szafkach z przerażeniem obserwując to co działo się przy wejściu. Teraz, obie leżały już na posadzce, drgając konwulsyjnie we wciąż powiększającej się kałuży krwi, a kobieta niczym oszalałe zwierzę wgryzała się raz w jedną, raz w drugą, wyrywając potężne fragmenty ich drobnych ciał.
Na jej twarzy malowało się coś na kształt tępego zadowolenia. Wyglądało to tak...jakby...one jej... smakowały...
Reszta szwendaczy też nie próżnowała atakując z szaleńczym rykiem tych kilkanaścioro pozostałych jeszcze na korytarzu uczniów, którzy nie zdążyli uciec w momencie pierwszego ataku.
Różnica gabarytów, zwierzęca pasja, z którą zostały zaatakowane i stan przerażenia w jakim się znajdowały, sprawiający, że większość z nich stała po prostu jak skamieniała, zdecydowanie nie działały na korzyść dzieciaków.
Obserwowałem to wszystko, wciąż opierając się o parapet, chociaż w głowie ryczał do mnie jakiś głos, nakazujący ruszyć się i nie oglądając za siebie zwiewać gdzie nogi poniosą.
Jeszcze głośniej ryczeli szwendacze, a kakofonii chaosu dopełniał przeraźliwy pisk mordowanych dzieciaków.
Jednak ja wciąż stałem obserwując wydarzenia rozgrywające się na korytarzu.
Pamiętam, że ilekroć oglądałem filmy o zombie, zawsze zadawałem sobie pytanie "a co z dziećmi"? Na filmach pokazywano jak ginęli dorośli, młodzi czy starzy - bez znaczenia. Nigdy nie widziałem filmu (a widziałem ich na prawdę sporo), w którym ktoś zadałby sobie trud pokazania tego, co działo się w momencie wybuchu epidemii, dajmy na to w szkołach, przedszkolach, że o żłobkach nie wspomnę.
Patrząc na to, co robili z moimi uczniami szwendacze, uzmysłowiłem sobie, że chyba wiem jaka była tego przyczyna. Sądzę, że żadna wytwórnia filmowa nie pokusiłaby się o próbę pokazania tego na ekranie. Wątpię również, by znalazło się wielu chętnych, chcących to oglądać.
Zresztą w tym momencie, nie byłoby już i tak co pokazywać. W zasadzie wszystkie, z tych ok. dwudziestu dzieciaków, którym nie udało uciec w pierwszej chwili, stało się już łupem grupy, która wtargnęła do szkoły.
Ich zakrwawione i zmasakrowane szczątki walały się obecnie na korytarzu, stanowiąc makabryczny posiłek dla, przynajmniej dziesięciorga napastników. Od momentu ataku mogło minąć, co najwyżej kilka minut ale to wystarczyło, żeby jego pierwszą fazę móc uznać za zakończoną.
Jakimś cudem udało mi się oderwać od parapetu i stanąć chwiejnie ale w miarę prosto.
Wtedy dotarło do mnie kilka rzeczy.
Po pierwsze, na korytarzu było cicho. Tzn słyszałem mlaskanie, siorbanie i pomruki jakby... zadowolenia szwendaczy, którzy raczyli się tym co pozostało z ganiających jeszcze parę chwil temu po korytarzu, rozwrzeszczanych beztrosko dzieciaków, a w tle, gdzieś za moimi plecami, w drugiej części budynku (przeklęte wyjścia awaryjne), okrzyki przerażenia i nieludzkie wycie - ale poza tym, na korytarzu było cicho.
Po drugie, zorientowałem się, że w zasięgu mojego wzroku znajduje się niewielka tyko część tej grupy szwendaczy, która wdarła się do budynku.
Poczułem swój żołądek, który najwyraźniej miał ochotę wykonać jakąś karkołomną figurę w moim brzuchu i zorientowałem się, że z mojego ściśniętego przerażeniem gardła wydobywa się cichy świst.
Odwróciłem lekko głowę i kątem oka (podobno z medycznego punktu widzenia nie istnieje coś takiego jak "kąt oka"- w tej chwili mógłbym z tym twierdzeniem polemizować) dostrzegłem zarys trzech, może czterech sylwetek, które stojąc nieruchomo, zdawały się mnie czujnie obserwować. Ryzykując zerwanie napiętych jak postronki ścięgien na szyi, zmusiłem się do obrócenia głowy w tym kierunku i w tym momencie cichy świst zmienił się w gardłowy jęk, a mój żołądek wykonał już pełny obrót.
Stali tam we czwórkę.
Dwóch, na oko 40-sto latków, w roboczych drelichach, na których rozpoznałem logo firmy modernizującej kanalizację przy szkole, której furgonetka zablokowała mi dziś rano wjazd na parking, drobna szatynka w okularach, mniej więcej 150 cm wzrostu, w ubraniu wskazującym na to, że ostatnie 20 lat spędzała regularnie za biurkiem w jakiejś firmie brokerskiej i mężczyzna w sile wieku - dałbym mu 60-65 lat, w eleganckim tweedowym garniturze i śmiesznie przekrzywionym na prawie łysej czaszce kapelusiku, którego projektant z pewnością nie żył przynajmniej od dwóch dekad.
Stali jakieś trzy kroki ode mnie i z lekko przechylonymi głowami wpatrywali się w moją twarz z minami, które śmiało mógłbym określić jako zainteresowanie ale tylko wtedy gdybym nie widział ich pustych oczu, plam po krwi ściekającej im z ust, wyszczerzonych zębów i tego krwawego ochłapa na końcu smyczy, który jeszcze dziś rano był ulubionym terierem człowieka w tweedzie. Tak to oceniałem patrząc na kępki sierści oblepiającej sam ochłap ale również wykrzywione nieprzyjemnym grymasem usta mężczyzny.
I wtedy zdałem sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy.
Jedynym przedmiotem, którym mógłbym spróbować chociażby, bronić się przed nimi (próba ataku na nich jakoś nie zaprzątała mojej głowy w tej chwili), był dziennik klasy II, z którą lekcję miałem rozpocząć po tej właśnie przerwie, a który w tej chwili desperacko przyciskałem do unoszącej się w płytkich oddechach klatki piersiowej.
taaa...
- Nie ma to, tamto człowieku - pomyślałem - Nie mają z tobą szans...
Kiedy usłyszeli mój nerwowy, cichy chichot, drgnęli prawie jednocześnie i, jakby obudzeni z letargu, ruszyli w moją stronę.
Zacząłem chichotać jeszcze bardziej nerwowo i zdecydowanie głośniej.
Nigdy nie lubiłem dyżurów na przerwach ale teraz, gdyby znalazłby się ktoś, kogo by to zainteresowało (w zasięgu wzroku nie widziałem nikogo takiego), potrafiłbym to bez problemów uzasadnić.

czwartek, 7 lutego 2013

Nekropotencjał

Potęga czyni to wszystkim. Zdeprawuje każdego z nas, albo przynajmniej tych, którzy jej doświadczyli.

Pomimo tego że wszyscy dążymy do zanurzenia się w morzu nekromancji, niełatwo nam jest utrzymać się na nim. Nasze człowieczeństwo jest jak wybrzeże, palmy i cały ten suchy ląd. Jeśli przeciwstawisz swoje człowieczeństwo faktowi bycia magiem z piekła rodem, wybrzeże przeciw bezmiarowi oceanu, zrozumiesz, że bycie magiem jest znacznie bardziej zabawne. To przemawia do ciebie. Nie możesz tego odrzucić, więc płyniesz dalej, nurkujesz dla lepszych doznań. Zamiast jedynie zanurzać stopę, odczuwasz to całym ciałem.

Kiedy pierwszy raz płyniesz przez ocean umarłych, wody porażają cię. Wstrząsają pokazując ci rzeczy, których nie rozumiesz, ale które być może BĘDZIESZ w stanie zrozumieć. Może się zdarzyć, że pewnego dnia uznasz, że masz już dość pływania i odwrócisz się, by popłynąć z powrotem, ale lądu już nie będzie. Nie wrócisz. Będziesz za to wciąż wciągany pod wodę, przez rekiny i jeszcze coś innego, jakąś nieznaną otchłań pod tobą. Jedyne, co możesz zrobić, to płynąć w dół, do miejsca, gdzie jeszcze nikt nie był przed Tobą.

Przez lata ukształtowaliśmy pewną społeczność i jest to taka jej wewnętrzna walka. Jeśli okażę słabość, to człowiek przede mną wdepcze nasze ideały w ziemię. Nasze tradycje, prawa, całą naszą grupę. W rzeczywistości my, nekromanci, nie obawiamy się śmierci, lecz siebie nawzajem. Wiemy, że ktoś poniżej może stać się zbyt potężny przez to, że natknął się na odpowiedniego demona dysponującego odpowiednią mocą czy też dlatego, że podziemiu poświęciliśmy wystarczająco potężnego ducha. Wiemy, że pewnego dnia jeden z nas może powstać i spróbować utworzyć zmienić ziemię w królestwo umarłych.

Rada sądzi, że istnieje człowiek stanowiący zagrożenie. Jak tylko znaleźli jego pamiętnik, wysłali go mnie, bym go odszukał. Kiedy mój ojciec dowiedział się, że jego własny brat przez różnicę zdań opuścił zgromadzenie i oddał krwawnik jakiemuś przypadkowemu dzieciakowi, wydał na niego wyrok śmierci. Nie mogliśmy rozpocząć poszukiwań dopóki on nie używał kamienia. Dopiero ślad jego mocy był czymś, czego mogliśmy się chwycić.

Jakiś mężczyzna minął mnie w toalecie, cicho mówiąc "przepraszam" i unikając kontaktu wzrokowego. Wyglądał na zmęczonego i jakby... odwodnionego. Niezły początek - to może być on.

Myjąc ręce specjalnie się ociągałem w nadziei, że niedługo skończy i będę mógł ujrzeć jego twarz w lustrze. Zająć go na dziesięć sekund jakąś pogawędką. Czymkolwiek. Długą drogę przebyłem i wykorzystam każdą nadarzającą się szansę i możliwość.

Muszę wiedzieć. Nie mogę teraz wyjść, nawet jeżeli jestem tak blisko śmierci. Mogę się tu chwilę pokręcić. On ma coś... wspólnego ze światem duchów; może w tej chwili wiedzieć o nim więcej niż ja dowiem się przez całe życie. Jeśli to on, to potrafi lepiej się ukrywać niż ktokolwiek w naszej historii.

Wiem częściowo, do czego jest zdolny. Ale nie wiem wszystkiego.

Mam nadzieję, że ta minuta w łazience będzie zakończeniem dla najdłuższego pościgu w historii Rady. Jeśli to on, będę mógł zostać jej członkiem. Jeśli nie, cóż, będę musiał czekać przez kolejnych sto lat. Moja ambicja do bycia członkiem Rady jest niczym w porównaniu do żądzy władzy.

Łazienka jest nowoczesna, czysta, pięciogwiazdkowa. Rzecz jasna, w samym sercu Soho. Szambo dla młodych buntowników. Zielone światło w tym miejscu jest stanowczo zbyt silne - to wskazówka numer jeden, że dobrze trafiłem. Przelećmy resztę listy.

Kiedy już go strząsnął, przez kolejnych pięć sekund drapie się po jądrach i je jakoś tak pociera, jakby spędził kilka godzin w klubie dla swingersów, znajdującym się powyżej ubikacji. Nawet jeżeli nie jest ciotą, to dalej jest zboczeńcem i zdecydowałem że jeżeli to będzie już moja szósta pomyłka w tym roku, to z czystej frustracji poświęcę go.

Czekając na niego już po raz drugi myję ręce, starałem się nie okazać obrzydzenia. W końcu zapiął rozporek i podchodzi do umywalki. Mamy więc wskazówkę numer dwa.

"Oblałeś się czymś?" Pyta mnie.

Jeszcze nigdy nie słyszałem jego głosu. Brzmi inaczej niż się spodziewałem.

Wiem, w jaki sposób ten cholernie niebezpieczny mag postrzega świat. Popełnił błąd, dzieląc się ze mną swoim najbardziej intymnym wyznaniem. Nie powinien był nigdy go spisywać. Jeśli jestem wystarczająco silny, jego ego może być jego słabością. Może.

To musi być on. W ciągu sekundy ta myśl zdążyła mi tysiąc razy przemknąć przez umysł.

"Sałatka z krabów. Dobra jak diabli, ale nie potrafię zjeść bez ubrudzenia się nią." odrzekłem, wyciskając kolejną porcję mydła na kawałek papierowego ręcznika i pocierając nim moje idealnie czyste rękawy.

"Nie jesteś czasem za stary, by tu jadać? Myślę, że powinieneś być teraz w Mesie albo Palmie." Tutaj miał słuszność. Wiedziałem, że nie pasuję tu - w całym budynku byłem jedyną osobą powyżej dwudziestego piątego roku życia.

Jest odważny. Myśli, że jest niepokonany i wiem, że to wskazówka numer trzy. Zawsze pewnie mówi to, co myśli. To by tłumaczyło cztery rozwody i typowo męski wystrój jego domu na mieście.

Wpatrywałem się w odbicie jego oczu w lustrze, a on sam był skupiony na mojej kieszeni. To wskazówka numer cztery, najważniejsza ze wszystkich. Wiem, że jest on nekromantą złodziejem; jego oczy mają w sobie jakiś zielony błysk, coś, czego normalny człowiek nie posiada. On wyczuwa kamień, czuje to zimno bijące z mojej kieszeni. Wiedział, że mnie to wkurza i mniej niż pół minuty później stał tuż obok mnie. To przez to, ze nie może zignorować tego przyciągania. To pokazuje.

To on.

Zanim umrze, muszę poznać jego historię. Muszę wiedzieć jak używa magii krwi bez artefaktu, nawet jeżeli ojciec miałby mnie za to zabić.

Czuję, jak wzywa nas obu. Błaga, by go użyć. Nawet mnie jest trudno odmówić. Nie dziwi mnie, czym się stał w tak krótkim czasie - nie miał nikogo, kto trzymałby go w ryzach. Czuję, że za tą dwudziestoletnią twarzą i piękną fryzurą czai się demon w ludzkiej skórze. Sięgnąłem do kieszeni, a jego oczy rozszerzyły się, kiedy pojął znaczenie tego spotkania.

Kamień był zimny w dotyku, ale moje palce prześlizgnęły się po nim i sięgnęły ku paczce gumy do żucia. Wziąłem kawałek i wyciągnąłem paczkę ku niemu.

"Chcesz odświeżyć oddech? Pewnie masz randkę, taki młody i w ogóle. Założę się, że jest nawet młodsza od Ciebie." Powiedziałem z uśmiechem.

Zająknął się i spróbował coś powiedzieć, ale zajęło mu dłuższą chwilę, zanim się pozbierał. Pewnie od dziesięcioleci nie wyglądał tak niepewnie.

"W porządku. Nie chcesz nic mówić, to nie mów. Wiesz... Twój pamiętnik był całkiem ciekawą lekturą." Powiedziałem, czując w ustach narastającą miętową świeżość.

Nie spieszył się, szukając odpowiednich słów. Myślę, że to po części ze strachu, po części z podniecenia, a po części po prostu ze zwykłego oszołomienia. Nie mógł uwierzyć, że ktokolwiek tego dokonał. Być może czekał na ten dzień, może się go bał. Ale bardziej niż pewnym jest, że od początku był pewien, że to jest niemożliwe. Był wystarczająco zarozumiały myśląc, że nikt nie jest w stanie dokonać tego co on, czy coś w tym stylu.

"Masz coś, co należy do mnie. To był kawał czasu. Mam nadzieję, że dobrze Ci służył, ale teraz proszę o jego zwrot." Powiedział.

"W jaki sposób odprawiasz rytuały bez kamienia? To jest przecież niemożliwe." Powiedziałem. Miałem do niego całą litanię pytań, a ojciec chciał, bym sprowadził go do naszej celtyckiej ojczyzny żywego, ale niewiele mnie to obchodziło. Ten człowiek nie znał żadnych ograniczeń, więc może mi udzielić prawdziwych odpowiedzi.

Zbierał coś w sobie. Coś potężnego.

Jeśli teraz zdecyduje się na pojedynek, będę martwy. Mam to jak w banku.

"Jeśli uprawiałeś tę sztukę zanim odnalazłeś mój dom i to, co tam zostawiłem, powinieneś już wiedzieć. Prawie nie masz nekropotencjału." Powiedział, śmiejąc się ze mnie.

Zapytałem go - "Jesteś rozczarowany?"

Nie odpowiedział od razu; zamiast tego, podszedł do drzwi do toalety i wyciągnął dłonie naprzeciw nich. Wypolerowane drewno zaczęło lśnić impulsami energii, aż w końcu szczelina między drzwiami a framugą przestała istnieć, tworząc swego rodzaju barierę. Oddzielając to pomieszczenie od realnego świata uczynił z niego scenę dla swojego przedstawienia. Wyjął z kieszeni mały kawałek kredy i przyklęknął.

Obserwowałem, jak kreśli krąg przywoływania, ale stałem dokładnie na jego linii, uniemożliwiając mu skończenie go.

"Przesuń się".

"Powiedz mi jak. Nie przyszedłem tu, by cię wydać. I jeśli nie będę musiał, to cię nie zabiję." Oczywiście blefowałem. I miałem nadzieję, że on się nie zorientuje.

"Nie poproszę po raz drugi."

"Nie odejdę bez odpowiedzi." Nie dawałem za wygraną.

W następnej chwili dostrzegłem zimny, ciemny błysk pojawiający się dookoła jego dłoni, samemu nie będąc zdolnym do zrozumienia natury tego ataku. Poczułem potężne uderzenie w klatkę i twarz.

Czułem, jak pod naciskiem magii śmierci tył mojej głowy po prostu się rozpada, a jej zawartość wyciekają na zewnątrz. Moja głowa leżała na czymś twardym. Jęknąłem i poczułem, że coś zalewa mi usta. W końcu zrozumiałem, że leżę jak długi na podłodze.

W ciągu jednej chwili przeszedłem od stania na środku łazienki do kupy połamanych kości na podłodze; nie miałem żadnego pomysłu na obronę i wiedziałem, że jest już po wszystkim.

Nie mam żadnych szans: moja szczęka jest połamana, nie mogę mówić.

Kolejny błysk, niebieski tym razem. Czuję, jak kości się zrastają, a tkanki łączą się w jedność. Czuję, jak każdy fragment mojego ciała łączy się z innymi. Ten ból jest niewyobrażalny; gorszy od wszystkiego, co przeżyłem.

Nie zdawałem sobie sprawy ze stopnia zniszczeń w moim ciele, dopóki on nie zaczął składać go w odwrotnym porządku, kiedy czułem ponowne złamania tych samych kości aż wszystkie trafią na swoje miejsce podczas działania zaklęcia. Kiedy nastał wreszcie koniec, dyszałem wewnątrz kredowego okręgu i już chciałem go błagać o łaskę, ale wiedziałem, że to byłby błąd. Fatalny.

Czułem, jak moje ciało znowu jest jednością, on jednakże trzymał mnie wewnątrz kręgu za pomocą jakiegoś zaimprowizowanego pola siłowego. Jedyne, czym mogłem ruszać, to były usta. Znowu miałem głos.

Był odpowiedzialny za cierpienia, jakich doznałem, a jednak zdołałem wyszeptać krótkie "dziękuję" za uleczenie mnie. On jednak zignorował mnie i przyłożył do mojego czoła lodowaty kamień, w drugiej ręce trzymając zakrwawiony kris.

Czułem jak cienkie, pokrzywione ostrze przecina mi nadgarstki. Wysączał ze mnie trochę krwi.

Czułem narastające osłabienie, kiedy poruszał rękoma tuż nad moją twarzą. A jednak... Był na pewien sposób litościwy.

Usłyszałem "marbh kala". Znam ten syczący, stary język. Zdumiało mnie, że on zna słowa, których ja sam uczyłem się od ojca i z ksiąg w naszej siedzibie.

Zacząłem się unosić w powietrzu, a z nadgarstka spływał szkarłatny strumień, który on zbierał na środku okręgu. Przeciął tętnicę na drugim nadgarstku oraz na szyi. Zbierał krew w ilości mówiącej mi, że nie przeżyję.

Ona... Ona pojawiła się w najmniej odpowiedniej chwili, ale nie byłem już w stanie ufać swoim zmysłom, które zamroczenie po kolei otępiało. Już nie mogłem się dłużej skupiać. Słyszałem jej głos, a potem jego. Myślę, że on ją przywołał do łazienki, aby móc jakoś ukryć przed światem swe prawdziwe zamiary. Nie wiedziała, co się dzieje. Z każdą chwilą traciła rozum, a jeszcze przed chwilą była normalną dziewczyną.

Usłyszałem tylko głośne "NIE" i gardłowy ryk. Zawiesił jej ciało nad moim i zaczął kolejne zaklęcie. Chyba była już wtedy martwa.

Syk zmienił się w potok pojedynczych sylab i najprostszych dźwięków, których nie zrozumiałbym nawet gdybym był w pełni sił na ciele i umyśle. Mówił w tym języku płynniej niż mój ojciec kiedykolwiek mówił.

Kiedy tak patrzyłem, jak jej krew miesza się z moją w kałuży na podłodze zdałem sobie sprawę, że ten człowiek jest poza wszystkim, co kiedykolwiek będę w stanie osiągnąć. To za jego sprawą zacząłem uważać, że w posiadanie prawdziwej potęgi można wejść tylko poprzez samodoskonalenie się, przez odkrywanie samego siebie, a nie przez ciągłe wkuwanie zaklęć i obrzędów magii śmierci, ograniczających od stuleci jej rozwój.

Jej oczy były czarne, niczym bezdenna głębia. Kiedy oczekiwał aż się wykrwawi sam zauważyłem, że już przestałem krwawić i już powinienem nie żyć. Utrzymywał mnie przy życiu pomimo całkowicie suchych żył po raz kolejny pokazując mi coś, co dotąd uznawałem za niemożliwe. Unosiłem się i rozglądałem, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że nawet jeśli to mają być moje ostatnie chwile, to nie zasługuję na nie. Nie zasługuję na żaden z tych mrocznych darów, jakie on mi przekazuje w tym zakątku niższego świata.

Oddycham mimo braku powietrza. Nie potrzebuję już oddychać. Zablokowany w rytuale, którego nigdy dotąd nie widziałem jestem żywy, będąc jednocześnie martwym. Nie wiem, co jest jego celem. Mogę jedynie obserwować.

W końcu przestał mówić. Zaklęcie było gotowe.

Krew na podłodze wyglądała, jakby żyła własnym życiem, jakby chciała się z nim połączyć, czy też jakby były to dwie osobne kałuże, pragnące połączyć się ze sobą. Mogę wyczuć te ruchy w swoim umyśle, ale ta błyszcząca krew nie należy do mnie. Należy do niej.

Plama zaczęła się unosić, tworząc rosnącą spiralę kierowaną nekropotencjałem prawdziwego mistrza. Nabiera coraz to bardziej niezwykłego kształtu, tworzy zarys jakiejś istoty, ale nie takiej, jakie chodzą po tej ziemi. To jakiś przywołany demon, mający tylko tymczasowe, płynne ciało.

Krwawa istota przemówiła. "ARDMHAISTIR". Wyczuwam w tym celtyckie brzmienie. Najwyraźniej uczył demony posługiwać się językami powstałymi w ludzkich umysłach, a ja tylko czekałem na kolejny raz, kiedy zaimponuje mi głębią posiadanej mocy. Obserwowałem go tak i pomyślałem, że ta istota chciała powiedzieć "dziękuję" czy też "panie", ale nie jestem tego pewien.

Powiedział "Glac eisean". Wiem, co te słowa znaczą. Mój ojciec wypowiedział je do ducha mojej matki, kiedy ja tkwiłem w jej łonie.

Przez jej ból, cierpienie oraz możliwość nagłej śmierci dziecka, wpierw wyszła moja główka. Zanim mogła spokojnie odejść w stronę otchłani, musiał przywołać jej ducha.

Zapytał ją, gdzie by teraz był, gdyby nie jej miłość, trzymająca go przy życiu. Otrzymała jedną odpowiedź. Glac eisean.

Brać go.

Miałem tylko na myśli śmierć jako istota ludzka, ale byłem przecież synem człowieka, dla którego śmierć jest jedynie zabawką. To czyniło go iście szatańskim ojcem, ale także znakomitym nekromantą.

Krwawy demon był na jego usługach.

Powoli unosił się w powietrzu, a ciecz, z której był zbudowany, ściekała z niego trzema strumykami. Zatrzymał się nam moimi rozciętymi nadgarstkami i gardłem, po czym z siłą pocisku przebił się przez moje żyły, wedle woli utrzymującego krąg.

Powrót krwi do mojego ciała oraz zakończenie rytuału dało mi na powrót siły. Gdy skurcze ustały zauważyłem, że ponownie mogę ruszać kończynami. Zawiesiłem nogi nad okręgiem i w końcu stanąłem na łazienkowej podłodze, jakbym wstawał z niewidzialnego łózka.

"Czego chcesz ode mnie?" zapytałem go. Odpowiedź na to pytanie mnie przerażała, ale zarazem była czymś, co musiałem wiedzieć.

"To nowy rytuał, bez kamienia. Teraz widzisz, jakiego poświęcenia potrzebujesz. Każda chwila, każda kropla musi zostać zastąpiona. Nowa dusza. Jest to najbardziej wymagający rytuał dla każdego nekromanty, za wyjątkiem jednego." Powiedział.

Spojrzałem w lustro i faktycznie, moja twarz była równie młoda jak jego. Już nie dobiegałem czterdziestki, lecz na powrót miałem dwadzieścia kilka lat.

"Próbowałem tyle razy, nawet z krwiakiem. W porównaniu z tobą, jestem niczym." Powiedziałem.

"Pewnego dnia pomyślałem, że ktoś mógłby pokazać się i pomóc mi zrozumieć ten kamień. Nigdy bym nie przypuszczał, że to mógłby być ktoś z rodziny tamtego starca. Nie wiedziałem, że są jeszcze inni, potraktowałem to jak zwykłe wyzwanie. Wcześniej moje życie było proste, tak proste, tak przerażająco nudne, że chciałem umrzeć. Ilu istnieje takich jak my?" Zapytał mnie.

"Licząc mnie, jest nas dwudziestu trzech. A gdyby wiedzieli to, co teraz ja wiem, przysłaliby najlepszego. Jestem nikim. Myślą, że jesteś jakimś wyrostkiem, bawiącym się mocą, której nie potrafi pojąć ani kontrolować. Ale zapanowałeś nad śmiercią lepiej niż ktokolwiek, kogo widziałem. Nie masz konkurencji." Powiedziałem.

"Nekropotencjał to nie nauka. Tego się nie wyuczy z książek. Ćwiczysz i poświęcasz. Poświęcasz raz po raz. Stracisz wiele życia w poszukiwaniu na sposób wydłużenia go." Jego głos był teraz niezwykle ponury.

"Zostałem wysłany z misją zniszczenia cię przez mojego ojca. Jeżeli wrócę nie ukończywszy zadania, on sam mnie zabije."

"Masz większe szanse przeciwko niemu, czy przeciwko mnie?"

"Przeciw niemu." Westchnąłem, a policzki mi zaróżowiały. Było mi wstyd, że przywódca całego zgromadzenia, będący jednocześnie moim ojcem, jest tak słaby w porównaniu z tą potęgą.

"Chcesz wiedzieć, dlaczego napisałem tamten pamiętnik?"

"Z tego samego powodu, dla którego zostawiłeś tam swój akt zgonu. By wyśmiać ludzi z poczuciem sprawiedliwości."

"Nie byłeś pierwszym, który go przeczytał. Był jeszcze pewien detektyw, który został odsunięty, bo nie wytrzymał psychicznie kiedy odkrył część tego, co zrobiłem. Nigdy nie wziął kamienia. Próbował posłużyć się prawem."

"Ile lat mu zabrałeś?" Byłem ciekaw.

"W ogóle. Jego czas dostała Sasha."

"Twój pies? Wciąż żyje?"

"Już prawie nie jest psem. Teraz bliżej jej do piekielnego ogara. Ale tak. Jestem do niej przywiązany."

"Ale jeżeli nie przez zarozumiałość, to po co zostawiać po sobie ślady? Czy nie czujesz się lepszy od innych?"

"Władza. Czy ojciec opowiadał ci historię Cogath dar Marbh?"

W tym momencie zrobiło mi się niedobrze. Już wiedziałem, czego chciał. Legendarnej aspiracji każdego nekromanty. Wojny umarłych.

"Proszę, nie. Nie ja."

"Zostawiałem te ślady, by móc znaleźć kogoś, kto teraz stoi wewnątrz okręgu, ponieważ potrzebuję dwóch osób do ukończenia go. Przez ten cały czas czekałem, nie robiąc praktycznie nic. Nie wyjdziesz stąd, jeżeli nie pomożesz mi zakończyć tego rytuału."

"Nie, nie mogę. Czemu chcesz uwolnić..." Tutaj mi przerwał.

"Tak, to musisz być ty. Ktoś, kto poczuł dotyk otchłani."

"Skąd znasz tę legendę?" Teraz szeptałem, ze strachem w oczach.

"Być może rozmawiałeś z umarłymi, twój ojciec również. Ale nie słuchaliście ich. Nie pytaliście, czego one chcą."

"Nie służymy im. To one służą nam." Wiedziałem, że to tylko puste słowa. Jego głos przerażał mnie. Wyglądał, jakby upijał się potęgą.

"Umarli dali mi nieśmiertelność i już wystarczająco długo im rozkazywałem. Teraz ich kolej, dam im to, czego one chcą." W oczach miał szaleńczy błysk i wiedziałem, że nie powstrzymam go. Był tak cholernie ambitny, że nic go nie powstrzyma przed przywróceniem umarłych na ziemię.

"Już teraz jesteś najpotężniejszym władcą umarłych. Dlaczego więc chcesz iść dalej? Chyba nie potrzebujesz większej władzy, to pewne." Wtedy myślałem o moim ojcu i jego zaślepieniu i wiedziałem, że ten mój staruszek już wkrótce zginie z ręki tego człowieka.

"Jak widać, nie rozumiesz, młody. Jak tylko ujrzałem ich na moim strychu, powiedzieli, że należę do nich. I że w zamian za wierną służbę sprowadzę ich na ziemię. Dlatego właśnie chcę zostać liczem - połączonym ze śmiercią ucieleśnieniem potęgi. Czy zdajesz sobie sprawę, jak długo czekałem? Ale tu już nie chodzi o mnie. Chodzi o nich." Kiedy mówił, oblizywał wargi i splatał palce. Nie mogłem się ruszać. Moje nogi zostały zamienione w kamień.

"Potrzebujesz dwóch. Myślałeś, że jesteś jedynym nekromantą na całym świecie, więc zostawiłeś kamień, żeby zobaczyć, czy ktoś będzie zdolny zrozumieć tę sztukę, czy zacznie ją zgłębiać, żebyś mógł go poświęcić w rytuale." To zaczynało mieć sens. Tu nie chodziło o jego ego. Tu nie chodziło o władzę.

Chciał jedynie ukończyć rytuał który nigdy jeszcze nie został ukończony. Cogath dar Marbh.

Podłoga zaczęła się rozpadać, rozrzucając wszędzie jej fragmenty. Pulsujące pasma owinęły się wokół moich nadgarstków. Były jak krwawe macki, usiłujące ściągnąć mnie w czarną otchłań pod nami, z której pochodziły.

Jego twarz się zmieniała. Mury pomieszczenia zniknęły, staliśmy teraz gdzieś pośród pustki. Pod rozbłyskami widziałem kości jego twarzy. Widziałem człowieka zmieniającego się w demona którym naprawdę był, i towarzysząca temu groza przenikała mnie do szpiku kości. Te śnieżnobiałe kości, rozświetlane dodatkowo łukami niewielkich błyskawic - to było dla mnie coś pięknego. Chciałem stać się tym, czym on jest teraz, kiedy stoi tuż przede mną.

Gwałtownie przejechał nożem po swojej piersi, rozlewając krew na tej zawieszonej w nicości wysepce skalnej, na której staliśmy.

Demon nie mógł się przeciwstawić jego nekropotencjałowi. To olbrzymie kłębowisko, jeden wielki chaos czarnych płomieni, było na jego rozkazy. Głos eksplodował mi w uszach, niepodobny niczemu, co słyszałem kiedykolwiek w życiu.

Tutaj, na ojczystych obszarach umarłych, nie musiały używać ludzkiego języka, by się z nami skontaktować. Słyszeliśmy je i rozumieliśmy.

Powiedział demonowi, że jesteśmy blisko wojny, i że musi zanieść wiadomość dla duchom, by się zebrały w jakimś bezpiecznym miejscu.

Do inwazji.

Demon, zanim odszedł, powiedział mu, że nie może ukończyć rytuału bez dwóch nekromantów.

Zawył ze złością, wskazując na mnie.

Demon potrząsnął głową i odszedł w pustkę. On jednocześnie zawył z furią, jeszcze raz machając krisem. Posłał kolejną zieloną falę uderzeniową, powalając mnie na kolana, jednak tym razem nie połamał mi żadnej kości. Pokrzywione ostrze było niebezpiecznie blisko mojego gardła.

"JEDNYM Z NICH? JEDNYM KURWA Z NICH?" Powtarzał to wciąż i wciąż, coraz bardziej bredząc, tnąc moje ręce i ramiona, kiedy próbowałem uniemożliwić mu zatopienia noża w moim oku.

"Proszę, przestań. Co ty..." Jąkałem się. Ostrze było tak ostre, tak bolesne.

"Byłeś martwy na trzy miesiące zanim jeszcze wyszedłeś z jej łona. Twój ojciec odprawił rytuał i dał ci oddech zanim jeszcze się urodziłeś. Kiedy przyszedłeś na świat, ledwie dysząc, ze skurczonym ciałem, dokonał targu z podziemiem. Zabrały życie twojej matki, zamiast twojego." Powiedział.

I wtedy zrozumiałem. Zrozumiałem, że nie jestem człowiekiem, i że nigdy nie posiądę mocy lepszej niż ten człowiek, czy jakikolwiek inny.

Zrozumiałem, że jestem umarły, a jego władza nade mną wynika z prostego faktu, że jest nekromantą.

I zaśmiałem mu się w twarz.

Kiedy w końcu się otrząsnął, zauważyłem, że patrzył na mnie z pewną tęsknotą i wiedziałem, że szanuje mnie, jako iż jestem martwym duchem w ludzkim ciele.

Będę częścią jego królestwa na ziemi i nie powstrzymam go przed spełnieniem jego marzeń.

Zacisnął pięści nad środkiem kręgu i powoli zrekonstruował łazienkę, aż wszystko powróciło na swoje miejsce, a blokada na drzwiach została zniszczona.

Przwrócił także i mnie do stanu sprzed wkroczenia do jego sanktuarium z tym wyjątkiem, że teraz jestem dwudziestoparoletnim duchem, chodzącym pomiędzy klientami restauracji, kameleonem z podziemia.

Kiedy wyszliśmy na chodnik, nocne powietrze cudownie zagrało na mojej skórze. Idyllę tę burzyło ostrze, skierowane w plecy.

"Zabierz mnie do twojego ojca."

I tak zacząłem iść. Przy okazji jakieś pokręcone zwierzę z oczami jak sam Szatan przyłączyło się do nas. Sasha.

Będąc zakładnikiem największego mistrza Hadesu i jego pupila, przyspieszyłem kroku wiedząc, że wojna umarłych rozpocznie się przed następnym wieczorem. Czułem także, że cierpliwości nie da się wyczerpać.

To jest teraz moja wojna, nawet jeśli jestem jedynie spisanym na straty piechurem. Nie spocznę, póki morderca, który przehandlował moje nędzne życie za matki nie zazna sprawiedliwości. Następnie odnajdę pozostałych dwudziestu dwóch i ukarzę ich za ich słabość, jeśli on nie zrobi tego pierwszy.

Byłem martwy jeszcze zanim przyszedłem na świat i to znaczyło, że on nie jest moim ojcem. Jedynie manipuluje duchami. A ja jestem jednym z nich.

Ten, który tak litościwie daje mnie i całej reszcie swoje królestwo. Władca szkieletów, żywych trupów, krwi i kości. Dający zbawienie, z nekropotencjalem wystarczającym do spełnienia naszych marzeń.

Teraz jestem z moim prawdziwym panem, który nigdy nie spocznie.

Nie, dopóki ostatni żywy nie zniknie z powierzchni tej planety.