niedziela, 10 lutego 2013

Władca Snów

Pojawiłem się na jakimś nieoświetlonym placyku. Akurat w sam środek ulewy. Krople wody rozbijały się głośno o stary, popękany bruk. Chłód delikatnie smagał moje ciało ubrane w piżamę. Moje niebieskie oczy powoli zaczęły przyzwyczajać się do ciemności. Widziałem przed sobą kontury jakiegoś zamku. W jego wyglądzie było coś... innego. Wyglądał na opuszczony, lecz jednocześnie sprawiał wrażenie innego od tych starych, zrujnowanych zamków, które jeszcze ledwo się trzymają. Pnącza bluszczu gęsto pokrywały stary, kamienny mur, a czarne otwory okien ziały chłodem. Bałem się patrząc na tą budowlę, miałem wrażenie, że te stare mury kryją w sobie jakąś straszną tajemnicę.
Przełamałem swój strach i zbliżyłem się wrót upiornej budowli. W końcu to tylko sen, najwyżej się obudzę z krzykiem. Zbliżyłem się powoli do starych, drewnianych, okutych żelazem drzwi. Naparłem na nie i ze zdziwieniem stwierdziłem, że z łatwością się otworzyły. Zaraz po przekroczeniu progu zapaliły się dwie pochodnie rozmieszczone na ścianach. Przede mną zamiast dziedzińca przejście blokowały kolejne drzwi, większe od poprzednich. Próbowałem je otworzyć. Bezskutecznie. Wtedy nie miałem pojęcia co zrobić, rozejrzałem się po kamiennym przedsionku. Coś wystawało spod mchu, który częściowo zarastał posadzkę.  Pochyliłem się wyrwałem żółtawy mech. Moim oczom ukazała się drewniana klapa częściowo obita żelazem. Sięgnąłem dłonią w stronę brudnego, zardzewiałego koła, które w tym przypadku służyło jako pewnego rodzaju klamka. Pociągnąłem z całej siły, ledwie drgnęło. Spróbował jeszcze kilka razy. Nikt tego zapewne od dawna nie otwierał, ciekawe co jest pod tym. W końcu klapa oderwała się całkowicie od podłoża, szarpnąłem jeszcze raz i otworzyłem ją z trudem na oścież. Pod nią widniał ciemny szyb, zejście z podstawioną, starą drabiną, która podczas schodzenia po niej zapewne się zniszczy. Ostrożnie zszedłem na pierwsze stopnie, trzeszczały głośno i bałem się, że spadnę, ale było w miarę stabilnie. Schodziłem powoli w ciemność, bałem się jak w każdym swoim koszmarze. Z każdej strony otaczała mnie ciemność, ledwo widziałem kropkę światła nad sobą, czyli wyjście. Schodziłem już po tej ledwo trzymającej się drabinie wiele minut, jeśli nie kwadransów. Nudę zabijały moje myśli, mój strach przed tym co mogę znaleźć na dole. W końcu, w tej pustej ciemności zapaliło się światło. Odwróciłem się i zobaczyłem długi, nieoświetlony korytarz, tylko pochodnia obok zejście się paliła. Zeskoczyłem z szczebli drabiny na zimny bruk, dobrze, że nie czułem zimna. Nie chciałem iść dalej, przez korytarz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz