Zbliżała się północ, kiedy w końcu udało mi się zmrużyć oko. Pracowałem na pełnych obrotach nad artykułem o pacjencie ze szpitala psychiatrycznego, który mówił, że jego sny stają się prawdziwe. Chory drań. W każdym razie potrzebowałem odpoczynku. Zacząłem swoją cowieczorną rutynę. Umyłem zęby, przebrałem się w stary t-shirt i bokserki, wskoczyłem pod kołdrę i zasnąłem słuchając odgłosów miasta. Wszystko było jak zwykle.
Około trzeciej obudził mnie dziwny dźwięk. Brzmiało to, jakby coś kapało na dywan w salonie. No tak, gówniana hydraulika hotelowa, rury przeciekają, pomyślałem. Wstałem z łóżka ocenić problem. Było bardzo ciemno, więc włączyłem światła. Przez chwilę miałem wrażenie, jakbym znajdował się na powierzchni słońca. Zacisnąłem powieki i sięgnąłem po coś. Dosięgłem czegoś, co przypominało czyjś bark. Szeroko otworzyłem oczy i ujrzałem bladą, wyszczerzoną twarz ze słowem "UŚMIECH" wyrytym na czole, z jego ust kapała mieszanka śliny i krwi przedostająca się pomiędzy długimi, brudnymi, ostrymi zębami.
- O ŻESZ KURWA! - krzyknąłem. Już miałem uciekać, kiedy ta rzecz chwyciła mnie za ramię. Znieruchomiałem. Czułem, jak jego zimny dotyk przeszywa całe moje ciało.
- Gdzieś się wybierasz? - powiedział dwutonowym, demonicznym głosem. Wtedy ocknąłem się z transu. Wyrwałem się z jego chwytu i zacząłem uciekać. Wybiegłem na korytarz bez problemu, ale gdy zacząłem zbliżać się do drzwi frontowych poczułem intensywny ból wzdłuż pleców. Spojrzałem przez ramię i zobaczyłem pazury tego czegoś pokryte świeżą krwią. Moją krwią. To mnie jednak nie powstrzymało. Wciąż biegłem w kierunku drzwi. Wybiegłem na głośną, zatłoczoną ulicę Nowego Jorku. Zacząłem wołać o pomoc, ale chyba nikt na mnie nawet nie spojrzał. Jakby nikt mnie nie widział. Błagałem i krzyczałem o pomoc, gdy znów poczułem chwyt na sobie. Obrócił mnie i wtopił swoje pazury w moim brzuchu. Upadłem. Ostatnią rzeczą, którą widziałem, było to coś histerycznie się śmiejące nad umierającym mną. Spadałem w otchłań mroku, gdy moje oczy nagle się otworzyły. Obudziłem się rano w szpitalnym łóżku. Słyszałem piski monitora pracy serca w rytm mojego pulsu. Żyłem. To wszystko było snem. Cholerny, pokręcony sen. Lekarz stał nade mną, gdy się obudziłem.
- O, odzyskałeś przytomność! - powiedział.
- Gdzie... gdzie ja do cholery jestem?
- Jesteś w Szpitalu Bellevue, znaleźliśmy cię biegającego w pobliżu hotelu i wołającego o pomoc. Ktoś zadzwonił na policję, a oni przywieźli cię tutaj. Na początku myśleliśmy, że jesteś naćpany, ale przeprowadziliśmy testy i wyszły negatywnie. Stwierdziliśmy, że musiałeś mieć jakiś bardzo realistyczny koszmar i zacząłeś lunatykować.
Byłem trochę zdezorientowany, ale kiedy przypomniałem sobie sen, wszystko nabrało sensu.
- O jak to dobrze, co za ulga. - powiedziałem.
- Bezapelacyjnie, musiałeś mieć jakiś niezwykle przerażający koszmar. W każdym razie teraz już jesteś bezpieczny. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, to wezwij pielęgniarkę.
Doktor miał już wychodzić, ale wtedy coś mi zaczęło nie pasować.
- Zaraz, skoro tylko lunatykowałem, to czemu jestem w szpitalu? - zapytałem.
- Ach tak. Kiedy policja cię znalazła byłeś nieprzytomny. Myśleli, że przedawkowałeś, ale gdy cię podnieśli zobaczyli krew na twoich plecach i brzuchu. Jakimś sposobem udało ci się przeżyć mając trzy cięcia biegnące przez całe plecy i głębokie dźgnięcie w brzuchu. Nie martw się, pozszywaliśmy cię i powinieneś wyjść z łóżka lada moment. Chciałbyś wiedzieć coś jeszcze?
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Doktor wyszedł. Zapadła cisza; z wyjątkiem pacjenta zza drzwi obok. Śmiał się histerycznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz