niedziela, 10 lutego 2013

Odszedł od nas

Napisałem sam straszne opowiadanie, mam nadzieję, że jakoś mi to wyszło i moja praca nie poszła na marne  :)

Zombie. Zombie otaczały mnie z każdej strony, ale nie wiedziały gdzie jestem. I oby się tego przez jak najdłuższy czas nie dowiedziały. Te szaleństwo zaczęło się prawie trzy miesiące temu, w lutym. Mnóstwo ludzi czekało, przygotowywało się na jakąś epidemię, w wyniku której ludzie staną się zombii. I się doczekali. Mniej więcej pod koniec stycznia pojedyncze osoby zaczynały na coś chorować. Zarażeni pluli krwią, mieli niską temperaturę, miewali okropne bóle głowy i zaniki pamięci. W końcu zamieniali się w zombii. Media na całym świecie mówiły tylko o tym. Coraz więcej ludzi zaczęło się "przemieniać". Zapanowała panika. Niektórzy snuli domysły o tym, co się stało. Dla niektórych było to winą zanieczyszczenia oraz podniesienia temperatury na Ziemi. Inni twierdzili, że to związki chemiczne i badania nad nimi oraz innymi pierwiastkami doprowadziły do stworzenia wirusa. Wielu mówiło o karze nadanej przez Boga na zepsuty lud. Teorii było sporo, kolejną z nich jest tajna broń biologiczna rządu, czy też terrorystów. To nie jest ważne ja myślałem inaczej. Bóg odszedł. Po prostu nas opuścił. Może cały nasz kosmos, cały nasz świat jest kawałkiem czegoś o wiele większego? Nasza Ziemia, nasz świat bez Stwórcy został pozbawiony pewnej... siły? Energii? W takim razie co z aniołami, opuściły nas z Bogiem czy zostały i sieją zamęt? Jest mnóstwo pytań, na które nie znam odpowiedzi. Mnóstwo osób bało się o swoje życie i życie bliskich. Dwie, góra trzy osoby na dwadzieścia nie zachorowało. Wirus, bakteria, czy cokolwiek to było strasznie zmieniało to ludzi. Niszczyło i ulepszało zarazem. Skóra twardniała, często przydając się później jako pancerz. Nabierała niezdrowego, zgniłego koloru. Całe ciało okropnie śmierdziało, rozkładało się, lecz żyło. Wielu ludzi popełniało samobójstwa, przed obawą gorszej śmierci, czyli bycia martwym, lecz żywym i nie myślącym. Zdesperowani rodzice często zabijali swoje pociechy, a później sami zmieniali się w potwory. Młodzież i dzieci, które przetrwały ginęły pierwsze. Były najprostszym łupem dla zombii, szwendaczy. Natomiast domowe i bezpańskie zwierzęta albo stały się łupem dla zmutowanych ludzi lub dzieląc się na grupy, watahy stanowiły kolejne niebezpieczeństwo. Sytuację, która zapanowała na Ziemi można porównać do tej z pewnego amerykańskiego serialu. Część nielicznych, ocalałych ludzi starało się utworzyć sojusze, koalicje, w których walka z licznymi zombii byłaby łatwiejsza. Jak można się domyśleć, nie wyszło. Przynajmniej do tej pory, może kiedyś ktoś połączy swoje siły i będzie umiał zapobiec atakom szwendaczy. Człowiek, który nie jest uzbrojony nie ma szans na przeżycie w walce z zombii. Broń często tylko przedłuża życie, zombii atakują w sporych grupach tym samym tworząc coś trudnego do pokonania, niemożliwego wręcz. Rząd nic na to nie poradzi, co ja mówię, nie ma żadnego rządu, żadnych państw, cywilizacji, ani ich mieszkańców. Dziwnym trafem pojazdy nie działają. Po prostu nie da się ich uruchomić. Moja wiedza w dziedzinie naprawy samochodów nie jest wielka, lecz jednak coś tam wiem. Sprawdzałem dokładnie wszystko co mi przyszło na myśl i nigdzie nie widziałem usterek. Żaden spośród dziesiątek badanych samochodów nie chciał odpalić. Gdy zapanował chaos i każdy, który przetrwał działał na własną rękę. Z moich bliższych znajomych przeżył tylko kumpel z uniwersytetu- Ash oraz Melanie, zawsze mi się podobała. Podobała. Oby dwoje nie żyją. Od kilkudziesięciu minut. Do tego czasu wszystko szło dobrze. Codziennie zmienialiśmy nasze miejsce, w którym spaliśmy. Robiliśmy to przez, to że zombii mogły nas łatwo znaleźć, węch te bydlaki to miały dobry. Z jedzeniem nie było większych problemów, w marketach i sklepach cały czas leżało. Na samym początku można było jeść produkty z krótszą datą przydatności, lecz później zastąpiły je suchary, wafle, konserwy i inne produkty, które nadawały się do spożycia. Bywało, że natrafiliśmy na innych ludzi, mijaliśmy ich zawsze po rozmowie, czy po wymianie spojrzeń. Musieliśmy się nauczyć chodzić środkiem ulicy. Widać wszystko dookoła i w razie zagrożenia jest czas na reakcję, niewiele, ale zawsze coś. Zawsze unikaliśmy zombii i dzikich zwierząt, to nie było łatwe. Ostatnio to się nam nie udało. Po środku drogi stała karetka, weszliśmy do niej w poszukiwaniu leków, które w przyszłości mogłyby się przydać. Byliśmy w niej wszyscy, głupie, co nie? Zauważyłem nasz błąd i wysiadłem, żeby sprawdzić czy nic się nie zbliża. To uratowało mi życie. Grupa zombii zbliżała się w naszą stronę. Na mój widok zaczęli biec, byli blisko, i tak by nas znaleźli i dopadli. Zdążyłem krzyknąć do reszty, by uciekali. Sam zacząłem biec, by uciec przed stworami. Zombie dopadły Ash'a i Melanie, gdy wyskakiwali w pośpiechu z karetki. Kiedy to zobaczyłem przyspieszyłem tempa biegu, nie mogłem patrzeć na tę rzeź. Nic bym nie zdziałał z durną strzelbą przeciwko grupie stworów. Wbiegłem na pobliskie osiedle. Musiałem się gdzieś szybko schować. Zombie nie przepuszczą okazji do jeszcze większego posiłku. Kiedy mnie znajdą podzielę los Asha oraz Melanie. Ciężko będzie cokolwiek zrobić, znajdą mnie po zapachu. Wbiegłem do osiedlowego sklepu. Tylko, że ten był pewnym jakby małym marketem. Kasa mieściła się na końcu długiego korytarza, przy którym stały półki zapełnione wieloma produktami. Schowałem się wtedy za ladą, przy której jestem. Do obrony mam przy sobie tylko strzelbę, mogę wypalić dwa razy, są dwie lufy. Nie przeładuję niestety, nie zdążę. Wtedy mogę spróbować walczyć samą strzelbą, jak dobrze pójdzie to ubiję dwa szwendacze... Nie ma w tym durnym sklepie żadnej chociażby siekierki, czy też innej broni bardziej efektywnej w walce wręcz od strzelby. Czekałem w napięciu, wstałem i strzelbę miałem przygotowaną do strzału. Słyszałem pomruki zombii, wyczuły gdzie jestem. Nic nie stało im na przeszkodzie, by wejść do sklepu. Musiały otworzyć jedynie drzwi. Starałem się opanować strach, co bym robił jakbym przeżył? Starał się przetrwać? To przynajmniej zakończy moje cierpienie, które zaczęło się w momencie pierwszych zarażeń. Słyszałem już odgłosy kroków szwendaczy zmierzających w moją stronę. Pierwszy z nich wszedł przez drzwi. Okropna twarz pozbawiona szczęki sprawiała nieprzyjemne wrażenie. Czas zwolnił. Za pierwszym zombi wchodziły kolejne, wszystkie ruszyły w morderczym transie w moją stronę. Strzeliłem w stwora, który był najbliżej mnie. Strzelba uderzyła mnie w policzek, jednak ledwo to poczułem. Kula zniszczyła całkowicie głowę potwora, kości i cuchnąca krew poleciały dookoła. Wycelowałem ponownie w tłum gnijących ciał i oddałem kolejny strzał. Pocisk rozerwał klatkę piersiową jednego z biegnących zombii, z upiornym krzykiem upadł na  brudną od krwi posadzkę, na której został chwilę później zdeptany przez inne trupy. Szwendaczy było mnóstwo, dołączyły do grupy, która nas zaatakowało. W chwili, kiedy grupa zbliżyła się do mnie czas gwałtownie przyspieszył. Wyglądało to przerażająco. Mnóstwo rąk pokrytych bliznami, bąblami i licznymi strupami sięgało po mnie. Zachowałem zimną krew i uderzyłem z całej siły kilka razy w pokryte ropą mordy potworów. Nic to nie dało, grupa nacierała jeszcze bardziej i poczułem ból. Straszny ból wgryzł się w moją rękę, zacząłem krzyczeć, chyba ze złości. Po tym ból rozbrzmiał na mojej szyi, potem na nogach, brzuchu i rozlał się na całe moje martwe ciało. Trafię do nicości, przecież nie ma Boga.




--------------------------------------------------------------------------------------
Przy kopiowaniu proszę zachować źródło: http://somuchfear.blogspot.com/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz