Rodzice...wiszą nade mną kilka metrów nad ziemią. Ich głowy opadają ciężko na klatkę piersiową, a gdy gruba linia owinięta wokół ich szyi jest cała we krwi.
Stoję przed wielkim dębem rosnącym za domem. Klątwa okazała się prawdą. Stary dąb zabrał kolejne ofiary,tak bliskie mojemu sercu. Zostałam tylko ja. Wiedziałam,że mój czas już się zbliża,ale nie mogłam się do nikogo zwrócić o pomoc. Oni też by zginęli.
Opowieść o przeklętym drzewie wie każdy mieszkaniec w miasteczku. Ludzie boją się z nami rozmawiać, bo myślą, że my też jesteśmy przeklęci. A my żyjemy w ciągłym strachu, nie wiedząc kto będzie kolejną ofiarą. Każda próba zniszczenia drzewa okazywała totalną klęską. Na naszym trawniku stoi od bardzo dawna tabliczka z napisem: "PILNIE SPRZEDAM", lecz nikt nigdy nie przyszedł do nas w sprawie kupna domu. Mieszkańcy boją się. My również. Kilka razy już mieliśmy się wyprowadzić,ale jakaś tajemnica siła nam nie pozwalała. A to nagle ojciec stracił pracę i nie mieliśmy wystarczająco dużo pieniędzy na wynajem innego domu. A to mama ciężko zachorowała i trzeba było się nią opiekować przez 2 miesiące.
W końcu odpuściliśmy i żyjemy w ciągłym strachu od kilku lat. Drzewo najpierw zabrało moją babcie, a później resztę członków rodziny. Ale oni nie byli jedyni. Sąsiedzi, którzy próbowali nam pomóc w zniszczeniu drzewa - ginęli. Najstraszniejsze jest to, że umierali w taki sam sposób jak babcia, powieszeni na starym dębie. Policja jest bezradna. Są przekonani, że wszyscy ci ludzie popełnili samobójstwo. Nie było żadnych śladów morderstwa.
Jestem z natury ciekawska i pamiętam jak w dzieciństwie męczyłam babcię na temat przeklętego drzewa, aż ta w końcu się poddała i opowiedziała mi historię o małym Williamie, mieszkającym w tym domu przed nami. Pewnego dnia jego ojciec wrócił do domu i z łopatą w ręku zaczął kopać mały dołek w ogrodzie.
- Co robisz tatusiu? - zapytał chłopiec obserwując pracę ojca.
- Sadzę drzewo, synu. - odpowiada mężczyzna i z wyciera pot rękawem.
- Skąd to masz?
- A...dostałem od nieznajomego. Zaczepił mnie w drodze do domu. Zawsze chciałem mieć posadzić drzewo w ogrodzie.
Po dwudziestu latach zaczęła się seria makabrycznych wydarzeń. Pewnego dnia William znalazł rodziców powieszonych na drzewie posadzonym przez ojca.
Do domu wprowadzili się dziadkowie Williama,ale nie na długo, bo 6 miesięcy później chłopiec przeżył makabryczne odkrycie drugi raz. W końcu policja znalazła martwe ciało chłopca powieszone na tym samym drzewie. Do domu kilka razy wprowadziło się kilka osób szukających prawdy o przeklętym drzewie,lecz bez skutku. Próbowali również znaleźć sposób na zniszczenie je, lecz skończyło się to tylko ich nagłą śmiercią.
Mój tata dostał ten dom w spadku od babci. Była osobą, która niczego się nie bała i ceniła ciszę i spokój. Nie robiło na niej żadnego wrażenia wszystkie opowieści o przeklętym drzewie. Była świadoma o klątwie, jednak pokochała ten dom i za nic nie chciała zostawić to miejsce. Po upływu lat myślę, że to jednak tajemnica siła nie dała jej po prostu odejść.
Do domu wprowadziliśmy się ze względu na problemy finansowe. Zresztą mój ojciec - jak i babcia - nie bał się klątwy. Śmiał się z mieszkańców, którzy patrzyli na nas jak na szaleńców, bo zgodziliśmy się wprowadzić do tego przeklętego domu. Lecz jego odwaga z dnia na dzień malała, gdy patrzył na kolejne włoki wiszące na drzewie w ogrodzie. Drzewo wybierało ofiary, nieważne w jakim wieku i nie wiedzieliśmy kto może być kolejną ofiarą.
Nie możesz sobie wyobrazić jakie to uczucie patrzeć na ciała własnych rodziców wiszące nad tobą bez ruchu. Wiem,że oni nigdy by nie chcieli abym była świadkiem tej właśnie sceny. Zawsze kazali mi siedzieć w pokoju,gdy tylko policja do nas przyjeżdżała. A ich wizyty były bardzo częste.
Od pogrzebu rodziców minął już tydzień, a ja siedzę sama w domu. Policjant poinformował mnie, że ma przyjechać jakaś daleka ciocia. Miała być wczoraj...albo przedwczoraj? Jestem strasznie głodna, ale nie mogę się zmusić do jedzenia. Boję się wychodzić z pokoju, boję się wyjrzeć przez okno, boję się starego dęba. Od kilku dni nie sypiam za dobrze. Gdy tylko zamykam oczy widzę moich rodziców. Ich ciała i gruby węzeł wokół ich szyi.
Drugi tydzień, a ciotki nadal nie ma. Nie ma nikogo,nikt nie przychodzi. Bo po co? Kim ja dla nich jestem? Pewnie już o mnie zapomnieli. Kto tam by się przejmował jedną osieroconą nastolatką... Jestem bliska załamania. Dzisiaj odważyłam się zerknąć przez okno. Nic się nie zmieniło. Stary dąb wciąż mroczny jak zawsze. Na gałęzi nadal wiszą dwie mocne linie poruszone przez delikatny wiatr. Wokoło cicho, ciemno i zimno. Wciąż wpatrzona w drzewo zauważyłam jakiś ruch. Ktoś...jakby mały chłopiec kręcił się koło drzewa. Nie mam pojęcia skąd przyszedł i jak się znalazł w ogrodzie. "To kolejna ofiara!" - zaświtało mi w głowie - "Trzeba go ostrzec". Wypadłam z pokoju i pokonując po dwa schodki biegłam na dół do kuchni, po czym wybiegłam do ogrodu. Po chłopcu ani śladu. Przewidziało mi się? Przecież on tu przed chwilą był! Pewnie wyobraźnia spłata mi figle ponieważ od kilku dni nic nie jadam. Wtedy właśnie to usłyszałam. Muzyka. Muzyka, której nigdy wcześniej nie słyszałam. Muzyka grająca tak pięknie i delikatnie. Poczułam jak moje nogi same ruszyły
w stronę drzewa. To tam...Muzyka i śpiew. Dźwięk przepełniony ogromnym smutkiem wołających o pomoc ludzi. Im dłużej słuchałam magicznego dźwięku tym szybciej popadałam w głęboki trans. To magiczne doznanie oczarowało mnie. Mój umysł koncentrował się tylko na głosach, a nogi niosły mnie coraz bliżej do starego dęba. Myślałam tylko o tym jak to fantastycznie by było umrzeć na tym drzewie, dołączyć się do tych ludzi i śpiewać z nimi tą piękną pieśń. Usłyszałam także ciche nawoływanie moich rodziców, którzy szeptali do mnie, abym do nich przyszła. Ci ludzie...potrzebowali mnie. Zaczarowana muzyką i głosami najbliższych podeszłam na niski taborek, który w magiczny sposób pojawił mi się przed oczami. Na jednej z gałęzi czekała już na mnie gruba linka. Mocny węzeł kołysał się delikatnie na wietrze i zachęcał mnie, abym go użyła. Głosy i muzyka przybrały na sile. Szeptali do mnie najsłodsze obietnice. Rodzice, babcia, sąsiedzi...oni zachęcali mnie,żebym do nich dołączyła. Wyciągali do mnie ręce, tysiące rąk. Pragnęli mnie, tylko mnie. To był mój czas, nie opierałam się, nie myślałam o niczym innym. Chciałam tego. Wspięłam się na palcach i...skoczyłam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz